Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Recenzja: Na krawędzi epok

Pani Elżbieta Lubomirska, po mężu Stadnicka. Polska księżniczka, która przeżyła trzy epoki. Jakże fascynująca osoba! Ale po kolei.

Urodziła się w pałacu w Kruszynie w 1922 roku. Była księżniczką, córką księcia Władysława Stefana Lubomirskiego i Róży z Broel-Platerów, hrabianki (o pani Helenie Mycielskiej z Broel-Platerów można poczytać w książce Pośród klęsk i zwycięstw). Ktoś pomyśli: księżniczka, oczywiście, różami miała usłane życie. Trochę w tym prawdy. Dzieciństwo Elżbiety było cudowne, ale potem było już dużo gorzej.

 

Więcej na: https://www.granice.pl/recenzja/na-krawedzi-epok/28515

Małe dzieci księcia Lubomirskiego nie doświadczały niedostatku, ale stawiano im wysokie wymagania. W domu przestrzegano etykiety. Elżbieta Lubomirska wspomina, jak kiedyś swoim nieeleganckim zwyczajem zrzuciła sandały pod stołem w pokoju jadalnym, który był, bagatela, na sześćdziesiąt osób! Matka kopnęła jej bucik daleko od krzesła i dziewczynka musiała przedefilować przed całą rodziną, kłapiąc jednym sandałem. Albo innego razu cała rodzina nagle wyjechała z pałacu, pozostawiając maluchy pod opieką nauczycielki, Angielki, która nie znała nawet słowa po polsku, ale doskonale wiedziała, jak należy siedzieć i co robić z łokciami przy stole. A do tego miała wąsy. Po trzydziestu dniach rodzina wróciła i zastała swoje potomstwo biegle mówiące po angielsku. Książętom i księżniczkom stosowano wymogi, które miały przystosować dzieci do życia, miały je zahartować i nauczyć, że w życiu najważniejsze są rodzina, ojczyzna i Bóg. Niekoniecznie w takiej kolejności.

Pani Lubomirska-Stadnicka od dziecka przejawiała skłonności do życia duchowego, jednak nie było jej dane zostać zakonnicą. Wybuchła wojna i stało się to, czego obawiali się wszyscy: rodzina utraciła cały majątek. Przeżyła dzięki temu, że miała zdolność się dostosowania się do nowych okoliczności. Relacje rodzinne i znajomości, dzięki którym trafili do Krakowa, a potem dalej, dzięki którym przeżyli, jedząc skromnie, a często głodując, ocaliły Lubomirskich i wzmocniły ich. Po raz kolejny poczuli, że los stawia wobec nich zadania, do których byli gotowi.

Znajomości zawarte podczas studiów pozwoliły uzyskać fałszywe paszporty dla rodziny i rodzin zaprzyjaźnionych. Wynikła z tego zabawna historia. Podczas wojennych działań, podczas ucieczki spod sowieckiej okupacji, okazało się, że na tereny okupowane przez III Rzeszę przedziera się kilkadziesiąt osób legitymujących się dokumentami wystawionymi na nazwisko Lubomirskich. Cóż, jak widać znajomości pomogły, bo przyjaźnie przekraczały wiele granic.

Ale i los sprzyjał tej rodzinie. Gdy widmo głodu skłoniło ich do sprzedaży kasy pancernej, pustej i obrabowanej, wytypowani do posprzątania mebla najmłodsi Lubomirscy, wynosząc z niej śmieci, znaleźli w kasie... brylanty.

Elżbieta Lubomirska z dużą swobodą prowadzi narrację, zabawia czytelnika, nie stroniąc od dydaktyzmu. Poucza, jak ważna w życiu jest wiara w Boga, jak istotna jest miłość, jak wiele należy czasami poświęcić, aby ochronić to, co najważniejsze. Ona poświęciła wszystko. Gdy po wojnie, po latach szykan ze strony władz powojennej Polski, już jako wdowa wyjechała do Francji, gotowa była wyjść za mąż, by ratować chorego synka. Gładko przemknęła w opowieści nad tym dylematem. Zbyt gładko, by nie zauważyć, że małżeństwo było dramatem, o którym wolałaby zapomnieć.

Z tej refleksyjnej opowieści wynika, jak duże poczucie obowiązku wobec innych ludzi miała kobieta, która utraciła wszystko, nim tak naprawdę dorosła. Wychowana w luksusie, zapomniała o nim na tyle, aby moc żyć dalej. Chroniła swoich najbliższych: chorego męża, dzieci, by na starość uczynić ze swojego mieszkania przytułek dla potrzebujących. Nieprawdopodobny życiorys – ktoś powie, że takich ludzi już się nie spotyka. Ale warto zwrócić uwagę na to, że polska arystokracja miała i ma swoje ideały, które pielęgnowała i wedle których żyła. Stworzyła piękny świat, który przepadł wraz z wojenną zawieruchą.

Dzisiaj Lubomirscy od czasu do czasu spotykają się na zamku w Wiśniczu koło Krakowa, jednak jest to już zupełnie inna historia. Może do tradycji rodzinnych wejdzie spisywanie i publikowanie pamiętników? Miejmy taką nadzieję.

Recenzja: Na krawędzi epok
Adrianna Michalewska
Granice.pl