Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Andrzej Świetlik

HANNA MARIA GIZA: Darłowo 1979. Pięciu chłopaków na spóźnionych wakacjach zaczęło rozrabia
na plaży i w mieście. Takie były początki?
ANDRZEJ ŚWIETLIK: To nie były wakacje, tylko plener „Fotografii Młodych”. Ogólnopolski, wielki plener. Wraz z moimi kolegami występowaliśmy tam w roli programowych organizatorów. Stanowiliśmy już dosyć zgraną grupkę.
HANNA MARIA GIZA: Pan był z Koszalina, chłopcy z Łodzi. Pan miał budować mosty i drogi, ale zamiast tego zajął się pan prowokacją fotograficzną.
ANDRZEJ ŚWIETLIK: Drogi i mosty to budowałem niezależnie od tego. Fotografia była moim hobby i poświęcałem jej każdą wolną chwilę. Jeździłem na plenery organizowane w całej Polsce. To wtedy poznawałem moich kolegów z Łodzi, Krakowa i innych miast. Do formacji Łódź Kaliska, bo o niej teraz mówimy, należeli nie tylko łodzianie, ale również Adam Rzepecki z Krakowa, no i ja z Koszalina – choć niedługo potem przeniosłem się do Warszawy. Nie była to formacja wyłącznie z jednego miasta. I tak jest do dzisiaj.
HANNA MARIA GIZA: Formacja to coś więcej niż grupa, to ludzie nie tylko o podobnym typie wykształcenia, ale także reprezentujący podobny sposób myślenia. W jaki sposób powstała?
ANDRZEJ ŚWIETLIK: Gwoli szczerości muszę ujawnić epizod, do którego doszło wówczas w Darłówku. Młodzi łódzcy fotografowie przybyli na plener z instrumentami, głównie dętymi, obwieszczając, że zakładają koncertującą filharmonię. Odbyła się natychmiast zbiórka pieniędzy na jej szybki rozwój, błyskawicznie zainwestowanych w alkohol. Rezultatem były wielogodzinne nocne „koncerty symfoniczne”. Niestety, pozbawieni zupełnie słuchu nadorganizatorzy relegowali nas z ogólnopolskiego pleneru. Bez trudu jednak zorganizowaliśmy nowy, konkurencyjny, z siedzibą w pobliskim hotelu Bryza*, tuż obok latarni morskiej, po czym umówiliśmy się na wspólną pracę artystyczną pod szyldem Łódź Kaliska. Był rok 1979, wrzesień, epoka schyłkowego Gierka, szary czas, a my młodzi, pełni energii. I tak oto odważyliśmy się postawić pierwszy krok na nowym, ryzykownym polu sztuki, które wcześniej wydawało się nam niedostępne, głównie z powodu „zadęcia” uznanych artystów i ich ignoranckiego snobizmu. Żeby nie było nazbyt ryzykownie, nasze zachowania często przybierały formę zabawy**. Zawsze chciałem robić to, co sprawia mi przyjemność. Na przykład bawić się fotografią, która oprócz chwilowych radości skłania również do refleksji, czasem dotykających spraw bardzo istotnych, mimo że pozornie moje zdjęcia są lekkie, łatwe i przyjemne. Myślę, że to jest właśnie istotą tych moich zabaw.
HANNA MARIA GIZA: A zatem Łódź Kaliska bawi się i pracuje. Ale z całej tej grupy tylko pan fotografuje. Co robi reszta?
ANDRZEJ ŚWIETLIK: Na początku wszyscy fotografowaliśmy. Od tego wszystko się zaczęło: nasze spotkania, znajomość, w końcu wieloletnia przyjaźń, trwająca już dwadzieścia pięć lat. Okazało się, że ostatecznie przy fotografii zostałem głównie ja. W pewnym momencie stwierdziłem – rzucając poprzedni zawód, te drogi i mosty – że skoro tak bardzo fotografię pokochałem, to niech ona właśnie na mnie zapracuje. A moi koledzy? Janiak jest świetnym architektem, ma w Łodzi kilka wybitnych realizacji. Makary Wielogórski – chemikiem, pracuje na Uniwersytecie Łódzkim. Adaś Rzepecki został historykiem sztuki, a Kwiecień – biologiem, choć jako jedyny z nas utrzymuje się ze sztuki. Każdy uprawia swoje poletko. Natomiast wspólna dla nas i najważniejsza okazała się Łódź Kaliska, mimo wszystkich różnic i konfliktów.

 


HANNA MARIA GIZA: Panuje opinia, że każdy z panów z osobna jest porządnym człowiekiem, ale razem stajecie się nieznośnymi prowokatorami, anarchistami i ludźmi, którzy niezbyt poważnie traktują innych.
ANDRZEJ ŚWIETLIK: Przezywają nas całkiem niesłusznie i bezkarnie, to oburzające… Takie małe prowokacje, w dodatku o charakterze artystycznym – no, czasami może lekko chuligańskim, ale tylko czasami – są pożyteczne, kiedy trzeba mocno uderzyć w jakiś stary, wyczerpany twórczo układ, który na siłę utrzymuje pozycję i wpływy, już dawno należące się nowym, ciekawszym artystom. Z tych właśnie powodów przez wiele lat nie mieliśmy wstępu do ważnych dla nas miejsc. A skandale to najczęściej efekt uboczny naszych małych prowokacji, tak zwana wartość dodana. Warto przypomnieć, że zaczynaliśmy, kiedy istniał pewien układ artystyczny, który wtedy panował niepodzielnie. Byliśmy wobec niego szalenie krytyczni, momentami wręcz bezczelni. Na przykład wobec schyłkowego konceptualizmu w jego paranaukowej, bełkotliwej postaci, a szczególnie wobec medializmu, który stawał się nieciekawy i nudny. Przez chwilę też odrabialiśmy lekcje z medializmu, by to cenne doświadczenie gwałtownie porzucić, przenosząc się na zupełnie inne obszary, zdecydowanie ciekawsze i radośniejsze.
HANNA MARIA GIZA: Przestały już wystarczać pomysły polegające na zaskakującym łączeniu elementów, trzeba było zacząć straszyć?
ANDRZEJ ŚWIETLIK: Szybko doszliśmy do wniosku, że robiąc wciąż to samo, narażamy się na straszną nudę i rychłą starość. Uważam, że kiedy się idzie swoją uliczką przez cały artystyczny żywot, należy co jakiś czas skręcić gdzieś w nieznane, choć by dla higieny umysłu. W przeciwnym razie można do śmierci robić jedno i to samo, nie zdając sobie nawet sprawy, że całkowicie zaginął sens tych poczynań. Wracając do istoty pytania: warto przypomnieć naszą pierwszą – oczywiście poza epizodami towarzyszącymi narodzinom Łodzi Kaliskiej – ważną manifestację. Rok 1981 w Łodzi. Ryszard Waśko zorganizował tam dużą międzynarodową imprezę sztuki współczesnej pod tytułem Konstrukcja w procesie. Wyodrębnia część polską i nadaje jej tytuł Falochron. Łódź Kaliska zrobiła tam performance: zamknęliśmy w hali wystawowej, na kłódkę, od zewnątrz, tłum zwiedzających. Na kłódce była naklejka „Sztuka żenująca”. Uwięzionym pozostało otwarte okno z napisem „Wyjdź z honorem”. Performance szeroko komentowano, na ogół bardzo krytycznie. Od tego wydarzenia zaczęto się nas stopniowo bać, zupełnie nie wiadomo dlaczego. Rozpoczął się okres Sztuki Żenującej, czas kontestacji obowiązujących form zachowań, zwyczajów, nawyków, złotych myśli, autorytetów, narodowych wieszczów…

 

* Zalany przez powódź w 1998 roku, następnie rozebrany.

** Z tym terminem i jego definicją nie chcą się do końca zgodzić moi koledzy, twierdząc, że była to przede wszystkim bardzo poważna i ciężka praca.

 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich fotografów.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz malarstwa. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

Andrzej Świetlik
zaslepka_foto.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii

Jaka jest wymowa fotografii? Jej pierwotny sens? Jest nim światło. Wyczucie chwili. Kontekst ruchu zatrzymany w kadrze.

 

Moje prywatne rozmowy z mistrzami obiektywu to coś znacznie więcej niż podręcznik. To opowieść o czystym medium, poprzez które świat zewnętrzny kontaktuje się z duchem artysty, a duch artysty z tym, co widzialne, namacalne, zmysłowe.


Teraz w Państwa domowej kolekcji! Seria “Artyści mówią”.