Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Marian Schmidt

HANNA MARIA GIZA: Akt fotografowania – jak pan kiedyś powiedział – jest procesem żywym, niepowtarzalnym. Czy to znaczy, że fotograf musi uczestniczyć w procesie tworzenia obrazu całym sobą, razem ze swoimi wszystkimi emocjami, ze swoim samopoczuciem, razem ze swoim stosunkiem do ludzi, do świata, ze swoim postrzeganiem świata?
MARIAN SCHMIDT: Jak najbardziej. Nie można mieć dystansu do tego, co się widzi. Nie można także tego analizować, zanim się to sfotografuje. Tak jak powiedział Jiddu Krishnamurti: „Umysł powinien być pusty, aby jasno widzieć”. Akt fotografowania powinien być autentycznym procesem twórczym, w który jest się w pełni zaangażowanym. I to nie tylko emocjonalnie, ale w stopniu wyższym, czyli duchowo. Jeżeli nie przeżywa się czegoś bardzo intensywnie, to nie warto tego przekazać. Te przeżycia są niepowtarzalne, unikalne. Człowiek, który fotografuje, nigdy nie jest dwa razy taki sam i to, co widzi, też nie jest dwa razy takie samo. Wszystko się zmienia. Światło, warunki atmosferyczne się zmieniają, a jeżeli ktoś fotografuje ludzi, to każdy ułamek sekundy jest inny.
HANNA MARIA GIZA: Kiedy pan zrobił swoje pierwsze zdjęcie?
MARIAN SCHMIDT: Prawie każdy fotograf opowiada, że wszystko się zaczęło dzięki komuś z rodziny. W moim przypadku to był ojciec, który zaczął nas fotografować. Mieszkaliśmy wówczas w Wenezueli, w Caracas. Ojciec dosyć dobrze fotografował, a później, kiedy miałem chyba dwanaście lat i byłem już w liceum, zacząłem pożyczać od niego aparat. Mój własny aparat dostałem dopiero, gdy miałem piętnaście lat. Ale wcześniej dostałem kamerę filmową. Bardziej pociągał mnie film niż fotografia. Wtedy też pomyślałem, że chciałbym być reżyserem filmowym, bo w tym okresie bardzo przeżywałem filmy Ingmara Bergmana.
HANNA MARIA GIZA: Ale wtedy nie został pan ani reżyserem filmowym, ani fotografem, tylko doktorem matematyki. Czy matematyka wywarła jakiś wpływ na pana fotografowanie?
MARIAN SCHMIDT: To jest skomplikowana historia. Chciałem być reżyserem filmowym, jednak rodzice nie posłali mnie do szkoły filmowej. Uważali, że z tego zawodu nie da się wyżyć. Po maturze posłali mnie na Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley, na studia inżynierskie. Po roku zbuntowałem się. Niestety na Uniwersytecie nie było wydziału filmowego. Więc poprosiłem rodziców, aby wysłali mnie na studia filmowe do Los Angeles. Oni się jednak nie zgodzili. W Berkeley profesorowie zauważyli, że mam duży talent matematyczny. Zdecydowałem się więc na matematykę. Później, kiedy już prawie zrobiłem doktorat, znów zaczęło mnie ciągnąćdo filmu i do fotografii. Wiedziałem, że nie będę matematykiem. Zdecydowałem jednak, że skończę doktorat, żeby później nie mieć kompleksów, że nie potrafiłem tego zrobić. Oczywiście, że studiowanie matematyki bardzo dużo mi dało. Przede wszystkim inny sposób myślenia i zdobywania wiedzy: na początku samodzielne dochodzenie do znanych teorii matematycznych bez czytania podręczników na ich temat, a później samodzielne stwarzanie oryginalnych teorii i rozwiązywanie problemów, których nikt na świecie jeszcze nie rozwiązał.
HANNA MARIA GIZA: Wenezuela, Stany Zjednoczone, potem Paryż, gdzie mieszkał pan przez siedemnaście lat. Kim się pan naprawdę czuje? Polakiem? Wenezuelczykiem? Francuzem? Z jaką kulturą jest pan związany?
MARIAN SCHMIDT: Jestem najbardziej związany z polską i europejską kulturą. Kiedy mieszkaliśmy w Wenezueli, w domu mówiło się po polsku. Kuchnia była polska, dekoracja mieszkania była polska, wszystko było polskie. Tylko wtedy, kiedy wychodziłem na ulicę lub byłem w szkole, mówiłem po hiszpańsku i miałem kontakt z inną kulturą. To przywiązanie do polskiej kultury zostało mi na zawsze. Teraz generalnie czuję się Europejczykiem, a szczególnie Polakiem.

 


HANNA MARIA GIZA: Brał pan udział w wystawie młodych fotografów w Nowym Jorku w 1972. Jej kuratorem był słynny fotograf André Kertész, który zdecydował, że wystawi pan dwa zdjęcia, podczas gdy pozostali uczestnicy tylko po jednym. Były to zdjęcia z Meksyku.
MARIAN SCHMIDT: Spędziłem dwa miesiące w lecie 1971 roku w Meksyku. W tamtym okresie pracowałem w Nowym Jorku i nagromadziło się we mnie dosy
dużo napięć. W czasie pierwszego miesiąca w Meksyku nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Odprężałem się oraz medytowałem, dopóki nie osiągnąłem satysfakcjonującego spokoju wewnętrznego. W drugim miesiącu podczas fotografowania czułem się tak lekko, że miałem wrażenie, jakbym chodził po chmurach. Kilkakrotnie znalazłem się w niebezpiecznych sytuacjach, lecz nie czułem żadnego lęku. Zdjęcia, które wybrał Kertész, to śpiąca kobieta, która sprzedaje indyki i kury, oraz trzej Indianie w więzieniu czekający na zwolnienie. Spędzili tam całą noc, ponieważ byli pijani.
HANNA MARIA GIZA: Fragmenty ich twarzy widać przez deski zbite jak kraty.
MARIAN SCHMIDT: Jeden Indianin cytował mi Ewangelię, drugi udawał, że się modli, a trzeci tylko patrzył – i jedynie on był szczery. Temat, który mnie fascynuje w fotografii, to człowiek i jego otoczenie, relacja jednego z drugim. Szukam formy i treści, kiedy fotografuję ludzi. Treśćto autentyczne przeżycia ludzi. Jeśli chodzi o formę, to staram się komponować moje zdjęcia, jakby to były obrazy malarskie.
HANNA MARIA GIZA: Fotografuje pan człowieka i jego otoczenie w realnym świecie, ale też fotografuje pan świat nierealny, świat sztuki. Po przyjeździe do Polski robił pan fotosy z planu filmowego Śmierci prezydenta Kawalerowicza i reklamowe zdjęcia dla firmy kosmetycznej „Pollena”. Wcześniej zrobił pan okładkę albumu Carlosa Santany Abraxas. Czy nie przeszkadza panu łączenie sztuki z komercją?
MARIAN SCHMIDT: Byłem złym fotografem komercyjnym. Nigdy nie wkładałem w to mojej duszy, ponieważ gdybym tak zrobił, byłoby to niebezpieczne – mógłbym utracić swoją wrażliwość. Na szczęście traktowałem to tylko zarobkowo, choć zawsze starałem się, żeby zdjęcia, które robię na zlecenie, były poprawne. Mogę się pochwalić, że przez ostatnie dwadzieścia lat, nie zrobiłem ani jednego komercyjnego zdjęcia.
HANNA MARIA GIZA: Jak to się stało, że otrzymał pan kontrakt na fotografowanie w Zatoce Perskiej? To też był komercyjny kontrakt, ale bardzo nietypowy.
MARIAN SCHMIDT: To było tak, że po trzyletnim pobycie w Polsce pojechałem do Ameryki i zaproponowano mi pracę w agencji Black Star w Nowym Jorku. Zaangażowano mnie, abym w Zatoce Perskiej robił tak zwaną fotografię przemysłową dla annual reports firm amerykańskich. W ciągu tych dwóch lat nie zrobiłem prawie nic dla siebie.
HANNA MARIA GIZA: No, i to jest odpowiedź na moje pytanie, czy można łączyć sztukę z komercją.
MARIAN SCHMIDT: Może inni potrafią to robić, ja nie.
 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich fotografów.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz malarstwa. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

Marian Schmidt
zaslepka_foto.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii

Jaka jest wymowa fotografii? Jej pierwotny sens? Jest nim światło. Wyczucie chwili. Kontekst ruchu zatrzymany w kadrze.

 

Moje prywatne rozmowy z mistrzami obiektywu to coś znacznie więcej niż podręcznik. To opowieść o czystym medium, poprzez które świat zewnętrzny kontaktuje się z duchem artysty, a duch artysty z tym, co widzialne, namacalne, zmysłowe.


Teraz w Państwa domowej kolekcji! Seria “Artyści mówią”.