Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Janusz Rosikoń

HANNA MARIA GIZA: Czy Polska odrapana, z opadającymi tynkami, zapuszczona jest fotogeniczna?
JANUSZ ROSIKOŃ: Ależ taka właśnie była! Tu widzisz właśnie Śląsk, który wtedy fotografowałem. Ten „ukochany”, dopieszczany fasadowo w latach siedemdziesiątych Śląsk…Ubrania trochę inne, ale reszta przypomina czasy pierwszej wojny światowej. Te smutne dzieci… Pewno mają jakieś swoje radości, ale trudno być stale wesołym, szczególnie w takich warunkach. Ta dziewczyna w lokówkach… gdzieś tam chodzi kura czy stado gęsi. Trzeba było przecież coś jeść, a hodowla należy do starej śląskiej tradycji. Smutek też jest w pewnym sensie tradycją – okazywanie na co dzień radości mogłoby być źle odczytane. Przecież górnictwo to poważny zawód. Tu śląskie familoki… To było może pół kilometra od kopalni, czyli powinny tu być sklepy za firankami, a jest szara rzeczywistość. Tak naprawdę było. Nikt mi nie pozował.
HANNA MARIA GIZA: Czy to znaczy, że te legendarne, gierkowskie przywileje dla górników i ich rodzin były fikcją? A może propagandą?
JANUSZ ROSIKOŃ: Myślę, że prawda tkwi gdzieś pośrodku. W gruncie rzeczy poziom życia tych ludzi często wyglądał tak, jak tu pokazałem. Ale tu, popatrz, tu mamy święto, bankiet….
HANNA MARIA GIZA: …przy śmietniku.
JANUSZ ROSIKOŃ: Tak, przy śmietniku. To było dla mnie tak niesamowite, że wdrapałem się na jakiś wzgórek, żeby ich lepiej sfotografować. Górnicy są w galowych strojach, a bankietują na śmietniku. Nie wiem, czy to brak wyobraźni tych ludzi, czy władz.
HANNA MARIA GIZA: Może także zaakceptowanie rzeczywistości. Znaleźli sobie miejsce przy śmietniku, przepełnione kubły ze śmieciami zasłonili szmatami, na murku ustawili butelki, kieliszki, talerzyki – na serwecie – i świetnie się bawią. Być może to znaczy, że zaakceptowali rzeczywistość, w której żyją.
JANUSZ ROSIKOŃ: Tak, na jakiś czas, bo jak pokazała historia – chcieli tę rzeczywistość zmienić. I zmienili. Ten śmietnik musiał, przepraszam za wyrażenie, śmierdzieć. Cuchnąć. Bo nie można powiedzieć, że źle pachniał. I on jest symbolem tamtych czasów, których w końcu mieli dość.

 


HANNA MARIA GIZA: Ludzie bardzo szybko zapominają. Gdyby nie takie zdjęcia, niedługo nikt by nie uwierzył, że tak było. Do sytuacji przez ciebie zarejestrowanej chyba nikt dzisiaj nie chciałby się przyznać.
JANUSZ ROSIKOŃ: Może by nawet uznano ją za niewiarygodną. I myślę, że nostalgia za tamtymi czasami to tęsknota za fasadami, za legendą. Spędziłem na Śląsku piętnaście lat. Tam zrobiłem maturę i zdawało mi się, że Śląsk znam. Mieszkałem w Katowicach, w jakiejś lepszej niż ta dzielnicy. Kiedyś pokazałem te zdjęcia ojcu, który znał Śląsk od czasów pierwszej wojny. Nie zdziwił się. Takich familoków dla górników budowano przed wojną całe mnóstwo. Węgiel był ciągle potrzebny, a standard się nie zmienił. Przedstawiłem te zdjęcia komisji, kiedy wstępowałem do Związku Polskich Artystów Fotografików. Przyjęto mnie, mimo że nie pokazywałem radosnego socjalizmu, a wtedy, w roku 1970, on obowiązywał. Ale i tak bym fotografował, bo fotograf stnieje po to, żeby pokazać rzeczywistość. Nawet jeśli była ona komuś nie na rękę. Fotograf powinien przedstawiać rzeczywistość jak najbardziej obiektywnie. Oczywiście, nie da się uzyskać całkowitego obiektywizmu, bo robię to za pośrednictwem swojego oka i aparatu. Chociaż rodzaj użytego aparatu jest w zasadzie obojętny. Chcę tak przekazać obraz rzeczywistości, by człowiek, który go ujrzy za 20, 50, 100 lat, wiedział, o co mi chodziło. Tak się złożyło, że swoją działalność zawodową rozpocząłem podczas studiów, na ostatnim roku politechniki. Byłem już na praktyce dyplomowej i zastanawiałem się, jak uniknąć „nakazu pracy” – oczywiście w charakterze inżyniera. W redakcji zwolnił się etat i… przyjęto mnie jako fotoreportera! Wyobrażasz sobie moją euforię? Miałem właśnie wyjechać pierwszy raz za granicę, ale naczelny powiedział: „Albo pan przychodzi teraz, albo dziękuję”. Wybrałem fotografię. Nie zapisałem się do żadnej partii, w związku z tym czułem się wolny. I wykorzystując zaoszczędzone filmy redakcyjne, a częściowo kupując je od kolegów, bo w sklepach dobrych filmów wtedy nie było, zacząłem tam pracować.
HANNA MARIA GIZA: Czyli? W jakiej redakcji?
JANUSZ ROSIKOŃ: W „The Polish Review/La Revue Polonaise”, to było wydanie miesięcznika „Polska” w wersji angielskiej i francuskiej dla krajów Azji i Afryki. Pokazywaliśmy, jaki nasz kraj jest piękny i jak dobrze pracujemy. Nie było miejsca na pesymizm. Bardzo lubiłem fotografować ludzi pracujących; istniało wtedy coś takiego – nie wiem, czy nadal istnieje, bo dawno nie byłem w fabryce – jak honor robotnika, jak godność robotnika. Chciałem to pokazać, a przy tym udowodnić, że przemysł jest fotogeniczny.
HANNA MARIA GIZA: Czarno-białe zdjęcia hutników wytapiających stal.
JANUSZ ROSIKOŃ: W tamtych czasach toczyliśmy poważne dyskusje, czy na przykład dany fragment ma być całkiem czarny, czy też należy uwidocznić jakiś kontur, jakiś zarys. Pamiętam nieraz burzliwe dyskusje w gronie fotografów nad tym, jak to najlepiej zrobić. Takie zdjęcie było wówczas trudno wykonać, w tej chwili to drobiazg, bo używa się techniki komputerowej. Wtedy spędzało się masę czasu w ciemni, dopieszczając odbitki. Popatrz, jakie ładne światło jest na tym pręcie stalowym, który trzyma hutnik, na narzędziach…
HANNA MARIA GIZA: Ten hutnik w rozchełstanej koszuli ma ostrzej doświetloną twarz i klatkę piersiową, stoi w pozycji bojowej. On jest groźny – światło ujawniło jego nastrój. Natomiast na drugim zdjęciu jest ukryty w cieniu i już nie taki drapieżny.
JANUSZ ROSIKOŃ: A światło padało wyłącznie od rozżarzonego metalu.
HANNA MARIA GIZA: Fotografowałeś dlatego, że chciałeś być fotografem, czy dlatego, że dostałeś aparat fotograficzny i trzeba było coś z tym zrobić?
JANUSZ ROSIKOŃ: Zacząłem fotografować na pierwszym roku politechniki, przedwojennym Rolleiflexem mojego ojca. Przedtem miałem Zorkę, taką imitację aparatu Leica, ale robiłem tylko wakacyjne zdjęcia. W holu politechniki wisiała tablica ze zdjęciami, rodzaj modnej wtedy gazetki ściennej: „Z życia uczelni”. Tam zacząłem pokazywać swoje prace, a potem jedną z nich zamieszczono w tygodniku „ITD”. Pamiętam to dobrze, bo opublikowanie zdjęcia było wtedy moim marzeniem. Poza tym, że była to moja pierwsza fotografia, niczym się specjalnie nie wyróżniała. W „ITD” poznałem, świętej już pamięci, Sławka Biegańskiego, który był świetnym nauczycielem i znakomitym fotografem. Dosyć szybko moje zdjęcie trafiło na okładkę, zrobiłem też parę reportaży. To było duże osiągnięcie. Za jeden z reportaży dostałem nagrodę w konkursie fotografii prasowej. Właśnie za „Święto Kwitnących Jabłoni”, które robiłem tylko dla własnej przyjemności, bo myślałem, że nikt tego w tej formie nie opublikuje. Szukało się tematów, w których można było pokazać prawdziwych ludzi. To był cały reportaż, który nagrodzono, co nie znaczy, że cały opublikowano. Wszystko się dzieje gdzieś na południu Polski, na Podhalu.

 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich fotografów.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz malarstwa. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

Janusz Rosikoń
zaslepka_foto.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii

Jaka jest wymowa fotografii? Jej pierwotny sens? Jest nim światło. Wyczucie chwili. Kontekst ruchu zatrzymany w kadrze.

 

Moje prywatne rozmowy z mistrzami obiektywu to coś znacznie więcej niż podręcznik. To opowieść o czystym medium, poprzez które świat zewnętrzny kontaktuje się z duchem artysty, a duch artysty z tym, co widzialne, namacalne, zmysłowe.


Teraz w Państwa domowej kolekcji! Seria “Artyści mówią”.