Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Zofia Nasierowska

HANNA MARIA GIZA: Piękne kobiety, zawsze młode i nawet jeśli się nieco starzeją, to jakby bez wieku. Bardzo eleganccy mężczyźni o szlachetnych twarzach, a wszystko owiane woalem mgiełki i tajemnicy. Wyidealizowany świat, wyidealizowani ludzie. Czy właśnie to pani widzi dookoła siebie?
ZOFIA NASIEROWSKA: Tak, taki świat chciałam zawsze widzieć, wyidealizowany i miły. I zawsze starałam się wydobyć z ludzkiej twarzy to, co najlepsze, nie tylko nawet w jej urodzie, ale i w charakterze. Czasem jednak okazywało się to wadą, bo kiedy musiałam zrobić portret dziecka po operacji nosa, taki dokument dla pana chirurga, to nie byłam w stanie. Za każdym razem tak oświetlałam bliznę, że stawała się niewidoczna. To było po prostu silniejsze ode mnie, siedziało we mnie.
HANNA MARIA GIZA: Czy nie kryło się w tym niebezpieczeństwo, że widziała pani zawsze ludzi pięknych, a nie prawdziwych? Co te portrety miały wspólnego z prawdą?
ZOFIA NASIEROWSKA: Myślę, że wiele. To nie zawsze byli piękni ludzie, ale ja zawsze starałam się znaleźć, odkryć, co jest w nich piękne, czasem wystarczało po prostu tylko przysłonić nieco jakieś mankamenty. Ale wydawało mi się, że – szczególnie w portretach męskich – wydobywałam to, co w człowieku najlepsze: charakter.
HANNA MARIA GIZA: Jak się „wydobywa charakter” z człowieka, fotografując?
ZOFIA NASIEROWSKA: Na ogół znałam ludzi, których portretowałam, niekiedy bardzo dobrze. Wiedziałam, jakie mają wady, zalety, jacy są prywatnie na co dzień, a jacy na pokaz, dla innych. I dlatego fotografowanie ich wydawało mi się szalenie łatwe, bo jak w życiu towarzyskim są różne sztuczki, których się używa, aby osiągnąć jakiś cel, tak i ja wyciągałam z nich właśnie tę urodę, na przykład komplementami albo zaczepną dyskusją, rozmową na temat ich pracy, twórczości. Mówiąc, że coś mi się nie podoba czy też mi przeszkadza, wywoływałam emocje, czasem nawet agresję, co było potrzebne szczególnie u panów. Zawsze wprowadzałam swego modela w taki nastrój, jaki chciałam osiągnąćw portrecie.
HANNA MARIA GIZA: Rozmawia pani podczas sesji zdjęciowej?
ZOFIA NASIEROWSKA: Staram się wręcz zagadać modela, i to bardzo pomaga, dlatego że go rozluźnia. Właściwie obie osoby są szalenie spięte przed zdjęciami. I model, który chciałby się pokazać z najlepszej strony, i ten, kto będzie go fotografował. Znają się wprawdzie, ale inaczej człowiek się zachowuje w atmosferze studyjnej, a inaczej gdzieś na przyjęciu, prawda? Miałam kiedyś – bo teraz już nie fotografuję – ogromny stres przed seansem. Przed każdym. Moi koledzy, a nawet mój mąż, mówili: „Czyś ty oszalała? Przecież od lat fotografujesz! Czemu się tak przejmujesz?”. Zawsze nurtowała mnie niepewność, jaki będzie ten kontakt, bo jeśli nie uda się nawiązać dobrego kontaktu, to zdjęcia wyjdą niedobre, co zresztą z góry można było przewidzieć. Na szczęście moje gadulstwo bardzo mi pomagało. W ciągu pięćdziesięciu lat pracy w moim zawodzie miałam może tylko ze dwa przypadki, kiedy nie potrafiłam nawiązać dobrego kontaktu z modelem. Nie wymienię nazwisk, bo chodzi o znane postacie, ale to były bardzo trudne zdjęcia. Nie nadawaliśmy chyba na tych samych falach. Nie mogłam się przebić i widziałam, że z drugiej strony też jest wobec mnie dystans.
HANNA MARIA GIZA: A więc jeżeli między modelem a fotografem jest mur, to zdjęcia się nie udadzą?
ZOFIA NASIEROWSKA: Tak. Jeśli pani nie rozluźni modela – co jest bardzo trudne – będzie naburmuszony, wściekły albo zrobi jakąś głupią minę.
HANNA MARIA GIZA: Może polega to na tym, że każdy jest świadomy swoich wad. Niektóre fragmenty swojej twarzy lubi, innych bardzo nie lubi; są i takie, które chciałby wręcz ukryć przed całym światem. A fotograf nagle staje jak jasnowidz przed człowiekiem i ma do dyspozycji ten straszny aparat, który wyłowi wszystko, przed którym nic się nie ukryje, nawet jeżeli zostało najstaranniej zamaskowane makijażem.
ZOFIA NASIEROWSKA: Przeważnie każdemu się wydaje, że ma jeden profil gorszy. Potem się okazuje, że zupełnie nie miał racji. Z wieloma aktorami tak było. Andrzej – co tu ukrywać, Andrzej Łapicki – zawsze prosił: „Nie fotografuj mnie z lewej strony!”. Kiedyś mu powiedziałam: „Czekaj, zrobię ci normalną serię z prawej strony, ale zrobię też z lewej, żebyś widział, jak jest naprawdę”. No i rzeczywiście, obejrzał te zdjęcia i mówi: „Popatrz, a całe życie myślałem, że mam lewy profil gorszy”. Kiedy coś sobie ubzduramy, męczy nas to przez całe życie, chociaż inni w ogóle tego nie dostrzegają. Poza tym może co innego jest w życiu, a co innego na fotografii, tu można pewne rzeczy wyeksponować albo usunąć. Lekki obrót twarzy, troszkę inne ustawienie światła i już jest inaczej.
HANNA MARIA GIZA: Nie tylko ci, których pani fotografowała, mówią: „Nasierowska robi takie zdjęcia, że ludziom lśnią oczy i dusze”.
ZOFIA NASIEROWSKA: Bo lśnią, naprawdę. Czasami są zmęczone i przygaszone, ale właśnie w czasie tych pogaduszek, jakiejś kawki, herbatki, nawet drinka – byle nie za mocnego – można to wydobyć. Poza tym mam na ogół życzliwy stosunek do ludzi. Chyba nawet bardzo życzliwy. Staram się nie widzieć ich wad, tylko same zalety, co bardzo wszystko ułatwia.
HANNA MARIA GIZA: Światło może być bardzo zdradliwe. Potrafi zasłonić to, czego nie chcemy pokazać, ale też może wydobyć to, co bardzo chcielibyśmy ukryć.
ZOFIA NASIEROWSKA: No właśnie. Ponieważ tę sztuczkę znałam od dziecka, bo jednak jestem z rodziny fotografów, bardzo łatwo było mi manewrować światłem.
HANNA MARIA GIZA: Jak się ustawia światło, żeby człowiek był piękny?
ZOFIA NASIEROWSKA: Do każdej twarzy zupełnie inaczej, dlatego że jeden ma długi nos i trzeba go troszkę skrócić, drugi ma podbródki, więc też trzeba je wygubić. Po prostu różnie do różnych twarzy.

 


HANNA MARIA GIZA: Siedzimy w tej chwili przy stole, nad stołem wisi lampa, która rzuca światło z góry, nie za mocne, ale jednak dość wyraźne. Co przy takim świetle widać?
ZOFIA NASIEROWSKA: Takie światło nie jest korzystne dla kobiety, szczególnie przy fotografowaniu. Jeszcze na co dzień, jak się siedzi przy stole – w porządku. Ale już fotograficznie nie jest ono dobre, bo głębokie cienie pod oczami trzeba by troszkę rozświetlić, uzupełnić górne mocne światło – słabszym, od przodu czy nawet od dołu. Za moich czasów nie było takich wytwornych ekranów jak teraz, tylko wieszałam kawałek dobrze wypranego prześcieradła, i to bardzo pomagało, rozjaśniało twarz. Stosowałam też do podświetlania małe lampki, ale – jak mówię – do każdej twarzy trzeba podejść inaczej. W tej chwili modne są światła błyskowe, a to już nie daje właściwego nastroju. Może te właśnie zmiany – bo ja też próbowałam się przestawić na światło błyskowe – sprawiły, że znacznie pogorszył mi się wzrok. Mój mąż mówił: „Twoje oczy są zdrowe, ty po prostu nie lubisz tego światła!”. Odpowiadałam: „I to też”. Niestety, zaczęłam mieć autentyczne kłopoty z oczami i nie mogę już fotografować. Musiałam się pożegnać z zawodem, a uprawiałam go przez pięćdziesiąt lat z ogromną miłością. Mam jednak taki charakter, że po prostu powiedziałam sobie: „No dobrze, fotografowałaś przez pięćdziesiąt lat, ustąp teraz miejsca młodym, zajmij się kuchnią albo czymś innym”. I zaczęłam pisać, prowadzę mały pensjonat, wydaję książki. Teraz będzie bardzo ładne wznowienie moich starych reportaży. Sięgnęłam do swojego archiwum.
HANNA MARIA GIZA: Co to za stare reportaże?
ZOFIA NASIEROWSKA: Z lat sześćdziesiątych. Wiesia Czapińska pisze do tego piękne komentarze. Zdjęcia z moich podróży do Francji, Włoch, Rosji, na Węgry.
HANNA MARIA GIZA: Fotografowała pani jednak krajobrazy, tak jak pani ojciec? Bo to przecież wyglądało tak: siedmioletnia dziewczynka zaczęła fotografować u boku taty, który stopniowo zdradzał jej wszystkie tajniki swego zawodu. A potem nagle ta towarzyszka przygód fotograficznych poszła własną drogą i wcale nie w stronę fotografii pejzażu.
ZOFIA NASIEROWSKA: Co prawda pierwsze moje zdjęcie to był portret rodziców. Dostałam prostą kamerę, przypominającą trochę dzisiejsze automaty, i sfotografowałam rodziców z lekko przyciętymi głowami.
HANNA MARIA GIZA: Teraz tak się fotografuje. Nigdy na fotografii nie ma całej twarzy. Zrobiła więc pani prekursorskie zdjęcie.
ZOFIA NASIEROWSKA: To było wiele lat temu. Potem w tych krajobrazach zawsze jednak na pierwszym planie, a więc na pierwszym miejscu, stawiałam człowieka. Tak zwanym sztafażem w pejzażu musiał być u mnie człowiek. Ale trzeba było fotografować krajobrazy, bo po każdej wycieczce tata robił przegląd zdjęć swoich i moich i musiałam się tłumaczyć, dlaczego zrobiłam tak, a nie inaczej – mieliśmy ze sobą bardzo dobry kontakt i chciałam sprostać zadaniu. Poza tym mój ojciec marzył o synku, a tu mu się trafiły tylko dwie baby, więc zawsze mu mówiłam, że „przeciągnę” jego nazwisko przez jedno pokolenie. Chyba mi się to udało.

 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich fotografów.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz malarstwa. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

Zofia Nasierowska
zaslepka_foto.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii

Jaka jest wymowa fotografii? Jej pierwotny sens? Jest nim światło. Wyczucie chwili. Kontekst ruchu zatrzymany w kadrze.

 

Moje prywatne rozmowy z mistrzami obiektywu to coś znacznie więcej niż podręcznik. To opowieść o czystym medium, poprzez które świat zewnętrzny kontaktuje się z duchem artysty, a duch artysty z tym, co widzialne, namacalne, zmysłowe.


Teraz w Państwa domowej kolekcji! Seria “Artyści mówią”.