Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Krzysztof Miller

HANNA MARIA GIZA: Podobno rozpuszczał pan plotki o swojej pracy w CIA?
KRZYSZTOF MILLER: To oczywiście żart. CIA było pierwszym niezależnym wydawnictwem Komisji Krajowej NZS-u, z którym miałem przyjemność współpracować. W zasadzie moja rola polegała na dokumentacji fotograficznej różnych form działalności NZS-u, jeszcze wtedy podziemnego. Fotografowałem rozrzucanie ulotek, wieszanie transparentów, oczywiście demonstracje, msze za ojczyznę. To nie były dobre fotografie. Nie miałem jeszcze wyrobionego stylu, ulubionego obiektywu, własnego podejścia do tematu, więc raczej chaotycznie dokumentowałem pewne fakty, niż szukałem ciekawej formy dla danego tematu.
HANNA MARIA GIZA: Fotografował pan też demonstracje, zwarcia z policją?
KRZYSZTOF MILLER: Ostatnie zwarcie z policją nastąpiło wtedy, gdy pracowałem już dla „Gazety Wyborczej”, na demonstracji w czerwcu 1989 roku, „Jaruzelski musi odejść”. Jeden z milicjantów „poprosił” mnie o filmy. Wyciągnąłem legitymację swego pisma, na co on się zdziwił i powiedział, że nie słyszał nigdy o takiej gazecie. No i dostałem mały łomot. Kolega to sfotografował, a zdjęcie ukazało się następnego dnia w gazecie. Takie to były czasy, że jedni bili, a drudzy uciekali. Teraz można już o tym opowiadać w nieco żartobliwej formie. Nie był to pierwszy wypadek przy pracy, zostałem na przykład pobity w Jarocinie, co zupełnie się nie wiązało z fotografią wojenną, lecz z dużym festiwalem rockowym. Służba porządkowa straciła kontrolę nad publicznością, a wiadomo, że jak człowiek się znajdzie między nimi, to chcąc nie chcąc, może oberwać. Cała sztuka polega na tym, żeby nie tylko wejść między walczące strony, ale z jak najmniejszymi stratami wydostać stamtąd siebie i materiał. Nie chodzi o to, żeby gdzieś być, tylko żeby zrobić zdjęcia i wynieść je stamtąd bez szwanku.
HANNA MARIA GIZA: Na prawdziwej wojnie również obowiązuje taka zasada. Na którą wojnę wybrał się pan pierwszy raz w życiu?
KRZYSZTOF MILLER: Pierwsza moja wojna – nie wiem zresztą, czy można ją uznać za wojnę – to był pucz w Bukareszcie z 1989 roku, gdzie rumuńska służba bezpieczeństwa miała swoich snajperów. Często można się było znaleźć w takiej „kłopotliwej” sytuacji, jak jeden z pracowników telewizji, aktor, który szedł do studia odczytać komunikat do ludności biorącej udział w tym przewrocie. To było niedaleko mnie, w budynku telewizji. On zginął.
HANNA MARIA GIZA: Zaczął pan od Czechosłowacji podczas „aksamitnej rewolucji”, potem obserwował pan przewrót w Rumunii, rozpad Związku Sowieckiego, rozpad Jugosławii. Był pan pięć razy w Bośni, dziesięć w Afganistanie, kilkakrotnie w Czeczenii.
KRZYSZTOF MILLER: Do tej chwili już pięć razy w Czeczenii, a rzeczywiście dziesięć w Afganistanie. Teraz czeka mnie jedenasty wyjazd do tego kraju. Mimo że wojna oficjalnie się skończyła, na pograniczu afgańsko-pakistańskim wyraźnie się ją jeszcze czuje. Stacjonują tam nasze jednostki, jednostki specjalne Stanów Zjednoczonych i jednostki afgańskie, które cały czas polują na Osamę bin Ladena. Do tego doszły trzy miesiące spędzone w Iraku.
HANNA MARIA GIZA: Dlaczego pan ciągle idzie tropem wojny? Czy wojna jest pańskim żywiołem?
KRZYSZTOF MILLER: Moim żywiołem jest człowiek. Ja nie idę tropem wojny, mnie interesuje człowiek w ekstremalnych sytuacjach. Tak samo jest na festiwalu rockowym, gdzie dominują ekstremalne emocje. Na wojnie mamy radość ze zwycięstwa, mamy strach, przerażenie, a także smutek po przegranej. Wtedy człowiek maksymalnie się otwiera, wyraziście eksponując wszystkie swoje emocje i zachowania. Oczywiście wojna to nie tylko strzelanina, linia frontu, ale też uchodźcy, tragedie ludzi, którzy znaleźli się tam nie ze swojej przecież winy. I to wszystko, wraz z obrazem uchodźców, składa się na całościowy wymiar działań wojennych. Fotografia to całe moje życie. A najważniejszy w niej jest człowiek. Poprzez człowieka można pokazać całą historię, która nas otacza, wszystkie problemy. Życie jest tak piękne, że nie trzeba go kreować. Jest również jednak tragiczne i te straszne jego aspekty też należy pokazywać.
HANNA MARIA GIZA: Fotografował pan Festiwal Sziget, rytualne obrzędy irackich sunnitów w Faludży, rybaków na rzece Kongo, Antigua Sailing Week (regaty największych łodzi żaglowych), wojny, gwiazdy estrady. Fotografuje pan emocje. A więc szuka pan człowieka w niecodziennych warunkach i rejestruje jego stan emocjonalny?
KRZYSZTOF MILLER: Moim żywiołem jest bezkompromisowa socjologia reportażowa, czyli człowiek i jego życie. Trudno byłoby pani znaleźć zrobione przeze mnie zdjęcie, na którym nie ma człowieka. Często ukazanego w ekstremalnych warunkach.
HANNA MARIA GIZA: Czy „Gazeta Wyborcza” oczekuje jakichś szczególnych predyspozycji od swojego fotoreportera?
KRZYSZTOF MILLER: Myślę, że nie. „Gazeta Wyborcza” ma do mnie pełne zaufanie, jeśli więc dochodzi do jakichś wydarzeń, wyglądających na niebezpieczne, wtedy z reguły decyduje się mnie posłać. Oczywiście jedzie tam również wielu innych fotografów i też robią świetne zdjęcia; to nie jest tak, że tylko ja wszystko robię.

 


HANNA MARIA GIZA: Poza fotografowaniem człowieka i jego życia fotografuje pan także człowieka i jego śmierć. Często właśnie śmierć w wojennych okolicznościach. Pamiętam takie zdjęcie, na którym leżał zabity mężczyzna, a wokół niego kłębił się tłum fotoreporterów, chyba z całego świata, zupełnie jakby sępy zbliżały się do ofiary, do trupa. Na mnie zrobiło to straszne wrażenie. To było pana zdjęcie.
KRZYSZTOF MILLER: Zupełnie się z panią zgadzam. Rzeczywiście z zewnątrz można odnieść wrażenie, że zawód fotoreportera wojennego tak właśnie wygląda, ale ja chciałem pokazać coś całkiem innego. Z tym zdjęciem wiąże się historia bezsensownej śmierci, ponieważ wszystko to wydarzyło się w 1994 roku, w okresie upadku apartheidu w Republice Południowej Afryki, podczas pierwszych wolnych wyborów. Na obrzeżach miasta, w townshipach zamieszkanych przez biedotę rozpoczęły się walki pomiędzy rywalizującymi o władzę plemionami Zulusów – monarchistów, i Tutsi – zwolenników Kongresu Afrykańskiego, którego współzałożycielem był Nelson Mandela. Człowiek ze zdjęcia i wielu innych, którzy zginęli, nie wiedzieli, że tego samego dnia o świcie zostało podpisane porozumienie między Zulusami a Mandelą. W związku z tym te walki i cała ta wielka tragedia były bezsensowne, ponieważ informacja nie dotarła tam na czas. Istotnie fotoreporterzy wyglądają jak sępy, ale taka jest nasza praca. Musimy przekazywać informacje z miejsc, w których coś się dzieje, i nie sposób przy tym uniknąć drastycznych motywów.
HANNA MARIA GIZA: To znaczy, że pan jako fotoreporter przekazał w świat informację: „Oto leży tu człowiek, którego sfotografowałem: on zginął bezsensownie”.
KRZYSZTOF MILLER: Fotografia powinna mówić jasno sama za siebie. Są takie ikony reportażu wojennego, jak małe dziecko z siedzącym nad nim sępem, który czeka, kiedy dziecko umrze. Są zdjęcia z Wietnamu, pokazujące całe okrucieństwo wojny. Rola fotoreportera polega na tym, żeby jego zdjęcie oddziaływało nawet i bez podpisu, żeby było swoistym opowiadaniem, fotofelietonem. Jedni robią to lepiej, inni gorzej. Nie zawsze oczywiście udaje się zrobić takie zdjęcie, które nie wymaga podpisu, które jest historią samą w sobie.
HANNA MARIA GIZA: Czy wybierając się na wojnę, przygotowuje się pan jakoś do niej?
KRZYSZTOF MILLER: Często decyzje zapadają bardzo szybko. Na przykład ten wyjazd wrześniowy: dopiero wróciłem z urlopu, miałem trzy dni na spakowanie się, czyli nie było mowy o zrobieniu porządnego rozeznania, zaznajomieniu się z sytuacją, jaka tam panuje. Trzeba było polega
na swoich umiejętnościach przetrwania, na intuicji i na wiedzy, co wolno robić, a czego nie. Wszystko zależy od tego, co się na miejscu zastaje. Ja rzadko ryzykuję niepotrzebnie. Jeżeli podejmuję jakieś ryzyko, to jest ono z reguły zminimalizowane. Jeżeli można wziąć ochronę, zawsze ją biorę. Jeżeli można wziąć drogiego, ale zaufanego kierowcę, to go biorę. Nie godzę się na taniego, którego nie znam, do którego nie mam zaufania ani pewności, że mnie zawiezie we właściwe miejsce. Zabieram ze sobą jak najmniej sprzętu, żeby być jak najbardziej mobilnym, żeby w zależności od okoliczności móc w miarę szybko się ewakuować. To są wszystko takie małe sposoby, które później powodują, że w ekstremalnych sytuacjach jakoś daję sobie radę.
HANNA MARIA GIZA: „Najmniej sprzętu” oznacza, że musi być on niezawodny.
KRZYSZTOF MILLER: W trakcie mojej pracy zawodowej dokonała się trzecia rewolucja sprzętowa. Teraz już wszyscy używają aparatów cyfrowych. Ja fotografuję jednym obiektywem – 35 mm. Takie mam zasady: jeden aparat, jeden obiektyw. I jeżeli nie mogę podejść wystarczająco blisko, żeby uwiecznić jakieś wydarzenie tym w miarę szerokim obiektywem, to nie robię zdjęcia. Czuję także, że jeżeli nie podejdę, jeżeli nie znajdę się w centrum wydarzeń, jeżeli zdjęcie nie będzie niemal „pachnie
” tym, co dzieje się przed aparatem, to nie będzie dobre. Nie używam nigdy teleobiektywów, ponieważ one spłaszczają i pozbawiają tła całą historię, która się rozgrywa przed nimi.
HANNA MARIA GIZA: Utrudnia pan sobie pracę.
KRZYSZTOF MILLER: W pewnej mierze tak, ale ja kocham obiektyw 35 mm i w związku z tym z jednej strony rzeczywiście utrudniam sobie pracę, lecz zarazem i ułatwiam, ponieważ nie mając wyboru, wiem, że tym jednym obiektywem muszę robi
dobre zdjęcia. Stały obiektyw zmusza do aktywności, bardziej świadomego kadrowania i ma dużo lepszą jakość niż najlepszy nawet obiektyw ze zmienną ogniskową. Nie mówiąc o tym, że to dużo lżejszy sprzęt. Ludzie, widząc fotoreporterów obwieszonych aparatami fotograficznymi, po prostu się ich boją. Jeśli zaś ma się tylko jeden, niepozorny i z jednym obiektywem, dużo łatwiej ich przekona
do swojej obecności. Oni pewniej się wtedy czują i szybciej można dotrze
do ich prawdziwych, naturalnych zachowań. Nie są wówczas tak spięci, jak wtedy, gdy widzą człowieka obwieszonego aparatami i torbami, w bojówkach, w koszuli wojskowej, z tymi wszystkimi atrybutami fotoreportera wojennego.

 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich fotografów.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz malarstwa. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

Krzysztof Miller
zaslepka_foto.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii

Jaka jest wymowa fotografii? Jej pierwotny sens? Jest nim światło. Wyczucie chwili. Kontekst ruchu zatrzymany w kadrze.

 

Moje prywatne rozmowy z mistrzami obiektywu to coś znacznie więcej niż podręcznik. To opowieść o czystym medium, poprzez które świat zewnętrzny kontaktuje się z duchem artysty, a duch artysty z tym, co widzialne, namacalne, zmysłowe.


Teraz w Państwa domowej kolekcji! Seria “Artyści mówią”.