Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Zbigniew Łagocki

HANNA MARIA GIZA: „Gdy fotografuję, mam fizyczne wrażenie dotykania modela” – co znaczą te słowa?
ZBIGNIEW ŁAGOCKI: Znaczą przede wszystkim to, że przy fotografowaniu zawsze czuję się skrępowany. I znaczą też, że nie nadawałbym się na rasowego dziennikarza-fotoreportera, ponieważ sytuacja, z jaką się stykam, jest dla mnie zwykle ważniejsza niż samo fotografowanie. Gdybym, dajmy na to, znalazł się jako reporter wojenny na froncie i zobaczył leżącego rannego człowieka, to bym go nie fotografował, tylko rzuciłbym aparat i starał się mu pomóc. A tego nie powinien zrobić rasowy fotograf prasowy, prawda? To samo dotyczy fotografowania w warunkach miłych i sympatycznych. Kiedy mam robić czyjś portret, zawsze nęka mnie uczucie, że zbliżanie się do człowieka z aparatem i robienie mu zdjęcia jest jakimś natręctwem. Dlatego lubię fotografować ludzi, których znam, a nie tych, których nie znam. Bo, jak pani właśnie powiedziała, jest to jakby fizyczne wdarcie się w czyjąś fizyczną strukturę. Zwłaszcza w takiej sytuacji, jak fotografowanie aktu. Drastyczność jej jest tak silna, że cały czas mam wrażenie, jakbym tej modelki dotykał. Zrobiłem nawet taką serię zdjęć Dotknięcia, w której staram się wyartykułować fotograficznie ten swój stan psychiczny. Widnieje na nich modelka i moja wyciągnięta dłoń, która jej dotyka. Potem zaczyna się to rozszerzać na różne inne części jej ciała, aż kończy się na całościowym jak gdyby obrazie mojej ingerencji w drugiego człowieka. Zawsze mam takie uczucie, kiedy kogoś fotografuję. Wprawdzie go wtedy nie dotykam, ale wydaje mi się, że mój aparat jest przedłużeniem mnie jako osoby fizycznej.

 


HANNA MARIA GIZA: Ten cykl aktów nazwał pan Aerotica – akty antyerotyczne. Jeden z nich umieszczono na okładce katalogu, który został wydany z okazji pana jubileuszu. Właściwie nie ma na tym zdjęciu ciała, tylko bryła, rzeźba. Nie ma kobiety. Ale jest też inny akt, czarny akt, gdzie mamy samą kobiecość, kwintesencję kobiecości. Czarna modelka sfotografowana tak, jakby przebiegło po niej światło. Jak pan to zrobił?
ZBIGNIEW ŁAGOCKI: Wydaje mi się, że trzeba tu przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie, po co robię zdjęcia. Uważam, że kobieta jest niezwykle nośnym symbolem w sztuce. Nie ma w niej drugiego takiego zjawiska jak kobieta, zwłaszcza naga kobieta, którą sztuka tak powszechnie się posługiwała. Cała historia sztuki świadczy o tym, że kobieta może wyobrażać wojnę, pokój, miłość, nienawiść, piękno i brzydotę. Wszystko, co złe i dobre.
HANNA MARIA GIZA: Śmierć i życie także.
ZBIGNIEW ŁAGOCKI: Proszę znaleźć drugi taki symbol, którym można się posłużyć przy równie przeciwstawnych pojęciach! Seria zdjęć, którą nazwałem Aerotica – czy też A-erotica – dlatego ma taki tytuł, żeby odbiorca z góry wiedział, że zdjęcia są nieerotyczne. Czyli nie mają na celu pokazywania tego, co w erotyzmie jest cenne i zawsze chętnie stosowane. Kobieta jest albo formą, albo symbolem. Ja fotografowałem ją w tej serii jako formę. A drugie zdjęcie, o którym pani wspomina, ukazuje kobietę jako symbol. Chciałem wyeksponować nastrój i klimat, który ona tworzy. Mówi pani, że zdjęcie jest muśnięte światłem. Mnie się wydaje, że aby dzisiaj być oryginalnym, trzeba umieć zrezygnować z tego, co przyniosła nam cywilizacja. A więc należy przestać fotografować, mając do dyspozycji silne światła, lampy błyskowe i wszystko inne, tylko zacząć to robić w warunkach prymitywnych, które komuś bez profesjonalnego doświadczenia mogłyby się wydawać nie do przyjęcia. Kiedy na przykład robię portret, fotografuję modela najchętniej w pochmurny dzień, we wnętrzu, przy oknie. To zaprzeczenie wszystkiego, czym dysponuje współczesna fotografia. Akt, o którym pani mówi, zrobiłem przy wiszącej pod sufitem żarówce o mocy 60 W, niczym na posterunku policji. I nie było tam w ogóle żadnych innych źródeł światła.
HANNA MARIA GIZA: Czy to znaczy, że dla pana nie ma znaczenia, jak wygląda ta kobieta, co w niej jest piękne, tylko to, co pan z niej może stworzyć? Ważna jest bryła, kształt, światło, a dopiero na końcu ona sama?
ZBIGNIEW ŁAGOCKI: Dla mnie najważniejsza jest interpretacja, w przeciwnym razie byłaby to fotografia dokumentalna. W każdym moim zdjęciu tkwi zawsze jakiś odautorski komentarz. Kiedy czyta się reportaż dobrego dziennikarza, można się domyślić, po czyjej on jest stronie, jaki jest jego pogląd na całą sprawę. Podobnie jest przy fotografowaniu. Ale moja interpretacja nie może zmienić mego stosunku do portretowanego człowieka. Kiedy w Domu Muzyki w Zabrzu fotografowałem Rubinsteina podczas próby z Krenzem i mogłem robić, co chcę, gdyż on mi pozwolił absolutnie na wszystko, to pstryknąłem dziesięć klatek i wyniosłem się z estrady, bo po prostu było mi głupio skaka
dokoła takiego mistrza z aparatem i mu przeszkadzać. Z tych dziesięciu zdjęć, które wówczas zrobiłem, tylko jedno jest jakie takie, a powinienem był zużyć tam trzy, cztery filmy! Nie przepadam za takim portretem, gdzie widać, że fotograf się popisuje. Mógłbym sfotografować Miłosza w taki sposób, że to moja fotografia będzie najważniejsza, ale tak się nie robi! Nie można osoby wybitnej zepchnąć wyłącznie do roli modela i popisywać się własną sztuką.
HANNA MARIA GIZA: Jednak człowiek jest ważniejszy.
ZBIGNIEW ŁAGOCKI: Człowiek jest bardzo ważny, dlatego właśnie istnieje coś takiego, jak fotografia portretowa. W malarstwie wygląda to inaczej. Na przykład van Gogh namalował kilka portretów swoich lekarzy. Są to obrazy wybitne, nie jest natomiast istotne, kim w istocie byli jego modele. Ważne jest malarstwo. Za to w fotografii, która ma aspekt dokumentalny, rejestruje się to, co istnieje. W malarstwie zaś istnieje tylko to, co jest namalowane. Reszta jest inspiracją. Patrząc na zdjęcie, wiemy, że tak było naprawdę. Ale przecież nie mogę traktować wybitnego człowieka jak każdego innego. To się przeważnie wiąże – co ja też zresztą lubię w fotografii – z tożsamością danego człowieka. Uważam, że istnieje ogromna różnica między tancerzem a dyrygentem i nie można tych ludzi identycznie fotografować.
HANNA MARIA GIZA: Czy to znaczy, że tancerza należy fotografować tylko podczas tańca, a dyrygenta tylko z batutą, jak dyryguje?
ZBIGNIEW ŁAGOCKI: Nie. Mówię moim studentom: „Fotografuj tancerza, jak czeka na tramwaj na przystanku. On i tak nie będzie wyglądał jak stolarz. A jeśli będzie wyglądał jak stolarz, to już twoja sprawa”. I ja tak samo staram się w swojej fotografii znaleźć okoliczności, sytuację, miejsce, nastrój adekwatne do tego, kim jest ten konkretny człowiek. Miałem sfotografować, zaprzyjaźnionych zresztą, profesorów z Akademii Muzycznej z Krakowa, którzy zajmują się bardzo współczesną, awangardową muzyką – z pogranicza muzyki, teatru i poezji. Obydwaj są pianistami. Nie chciałem ich fotografować przy steinwayu. W nowym budynku Akademii znalazłem sterylnie białe miejsce. Korytarz, białe kafelki, białe ściany, wszystko białe. No i stoją w tej białej przestrzeni w kapeluszach na głowach, w płaszczach i grają na fortepianie, za który służy im deska do prasowania. A oni ułożyli tylko na niej dłonie. To jest klucz do tego zdjęcia. Chciałem kiedyś zrobić zdjęcie Henryka Sztompki, wybitnego, nieżyjącego już polskiego pianisty, ucznia Ignacego Paderewskiego. Skorzystałem z okazji, kiedy był jurorem na konkursie genewskim, i pojechaliśmy razem do rezydencji Paderewskiego w Morges. Fotografowałem go w parku, na tle willi Paderewskiego, przeznaczonej do wyburzenia. Potem siedzieliśmy w wielkim, zrujnowanym living roomie, gdzie zdarto ze ścian boazerie, no po prostu totalna ruina. A profesor Sztompka opowiadał: „Tutaj jedliśmy śniadanie, a potem mistrz schodził z antresoli – bo zawsze lubił mieć takie efektowne wejście – i mówił na przykład: A teraz, Henryku, zagraj nam coś”. I cóż robi Sztompka? Bierze jakąś zakurzoną skrzynkę od coca-coli, stawia ją sztorcem, siada przy niej w kapeluszu i w płaszczu i mówi: „Tu, w tym miejscu grałem mazurki Szymanowskiego”. A ja, zamiast fotografować, słuchałem opowieści Sztompki.

 


Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich fotografów.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz malarstwa. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

Zbigniew Łagocki
zaslepka_foto.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii

Jaka jest wymowa fotografii? Jej pierwotny sens? Jest nim światło. Wyczucie chwili. Kontekst ruchu zatrzymany w kadrze.

 

Moje prywatne rozmowy z mistrzami obiektywu to coś znacznie więcej niż podręcznik. To opowieść o czystym medium, poprzez które świat zewnętrzny kontaktuje się z duchem artysty, a duch artysty z tym, co widzialne, namacalne, zmysłowe.


Teraz w Państwa domowej kolekcji! Seria “Artyści mówią”.