Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Krzysztof Hejke

HANNA MARIA GIZA: Dlaczego nie chciał pan zostać w Palestynie, żeby fotografować i tych zabijających, i tych rozpaczliwie uciekających przed śmiercią?
KRZYSZTOF HEJKE: Nie jestem fotoreporterem wojennym. Pojechałem do Palestyny, ponieważ chciałem zrozumieć, dlaczego od lat nienawiść rządzi Ziemią Świętą. Naturę mam nieufną i jeśli czegoś nie zrozumiem, to nie zawsze potrafię coś przyjąć „na wiarę”. W Ramallah, czyli na Boskich Wzgórzach, znalazłem się w gorącym momencie. Przeżyłem kilka dni oblężenia, strzelano do mnie. Zacząłem – niezależnie od własnej woli – fotografować wojnę, bo przecież zakładałem, że nie będę tego robił. Chciałem fotografować tylko jej odgłosy, jej echo. Nie ekscytuje mnie ani agresja, ani nieszczęście. Zmasakrowane ciało nie jest dla mnie tematem fotograficznym, lecz obrazem niewyobrażalnej tragedii. W takich sytuacjach nie potrafię, jak gdyby nigdy nic, złapać za aparat i szukać najlepszego kadru, nie potrafię zagłuszyć odruchu serca i sumienia. Dobry reporter wojenny nie powinien mieć takich dylematów. W jego pracy liczy się szybkość podejmowania decyzji. Ja najpierw oswajam się z trwającym wokół mnie złem, a dopiero później myślę o zdjęciach.
HANNA MARIA GIZA:: Oglądam właśnie trzy zdjęcia pogodnego, młodego mężczyzny. To pan, prawda?
KRZYSZTOF HEJKE: Tak, to ja. To zdjęcia z Nałęczowa, 1981 rok. Tak wyglądają moje pierwsze autoportrety.
HANNA MARIA GIZA:: W Ramallah zrobił pan zdjęcie młodego mężczyzny – który być może miał tyle lat, ile pan na tamtych zdjęciach z Nałęczowa – powieszonego za nogi. Zrobił pan to straszne zdjęcie w mieście odciętym od świata, gdzie trwały zaciekłe walki. Sfotografował pan jednak zło. Czy miało to dla pana jakieś znaczenie?
KRZYSZTOF HEJKE: Zacząłem wyraźniej dostrzegać otaczające mnie dobro, takie zwyczajne, miłe okruchy codzienności, które zawsze nam towarzyszą, a które najczęściej ignorujemy. Być może doświadczenie nieludzkiej tragedii pozwala nam głębiej przeżywać całkiem ludzkie szczęście.
HANNA MARIA GIZA:: Oglądamy, na wystawie w Muzeum Kinematografii w Łodzi, serię pierwszych pana zdjęć. Z nimi związana jest pewna historia, trochę nawet niesamowita.
KRZYSZTOF HEJKE: To są zdjęcia z mojego pierwszego filmu, który pokazałem podczas Spotkań Filmowych w Pucku, jeśli dobrze pamiętam, w 1985 roku. W pięknej, krytej gontem kaplicy cmentarnej rozgrywała się przedziwna historia: pewna para właśnie tu postanowiła założyć swój dom. Dziwny mężczyzna i dziwna kobieta. Po wielu perypetiach skapitulowali i ich drogi się rozeszły. Podczas kręcenia filmu mieszkałem z nimi w tej kaplicy, śpiąc przez dwanaście nocy w śpiworze na katafalku.

 


HANNA MARIA GIZA:: Ktoś, kto zna pana fotografie z wystaw czy albumów, nie domyśliłby się, że zaczynał pan tak szokująco. Co to było? Wyraz buntu przeciwko stereotypom? Co pan chciał zademonstrować?
KRZYSZTOF HEJKE: Często się buntowałem. Głównie przeciw swoim różnym słabościom – stąd wyprawy w Himalaje i inne ekstremalne przedsięwzięcia. Wyszukiwałem sobie wyzwanie i z prawdziwie oślim uporem starałem się mu sprostać. Nie ukrywam, że w latach osiemdziesiątych, czyli w tym okresie, o którym mówimy, moja buntowniczość szczególnie przybrała na sile. Zdjęcia z tamtych lat wyrażały mój sprzeciw wobec budzących niechęć elementów codzienności, może nie w sposób dosłowny, ale wyczuwalny. To był okres zdjęć czarnobiałych.
HANNA MARIA GIZA:: Co budziło pana sprzeciw?
KRZYSZTOF HEJKE: Ograniczenia, jakimi oplątał mnie system PRL-u. W 1982 roku, czyli w czasie stanu wojennego, trafiłem do wojska. Przez wiele tygodni nie mogłem wyrzucić z siebie tekstu przysięgi. Przymus niezwykle silnie zapisuje się w mojej pamięci. Później straciłem rodziców. Zupełnie niespodziewanie los sprawił, że stałem się sierotą. W pewnym momencie zrodził się jakiś związek pomiędzy tym, co czuję, co myślę, co chcę wyrażać, a tym, jak patrzę i jak na to reaguję. I poczułem potrzebę zapisania tych reakcji. Fotografia stała się moim językiem, formą dialogu z rzeczywistością, z sobą, ze znajomymi. Swoistym pamiętnikiem.
HANNA MARIA GIZA:: Nigdy nie byłam w Himalajach, ale wyobrażam sobie, że to musi być takie miejsce na ziemi, z którym nic już nie może konkurować. Czego można szukać, po takich przeżyciach wizualnych, w polskim, sielskim krajobrazie?
KRZYSZTOF HEJKE: Poszukiwałem krajobrazów, których zarys tkwił już w moich wyobrażeniach. Himalajskie widoki porażają pięknem, bezkresem, czasem budzą grozę lub lęk. Równie silne emocje mogą wywoływać rzeczy, które wydają się nam bliskie, takie, o które wiele razy się ocieraliśmy. Od początku szukałem moich wyobrażeń piękna, wymarzonych krajobrazów przede wszystkim w Polsce. Może to dziś niezbyt modne czy wręcz banalne, ale ja po prostu kocham swój kraj i jest mi on najbliższy.
HANNA MARIA GIZA:: Jest pan sentymentalny?
KRZYSZTOF HEJKE: Czy teraz wypada być takim? Podczas poszukiwań Polski romantycznej zacząłem posługiwać się kolorem.
HANNA MARIA GIZA:: Znamienne, że każdy artysta fotograf ma wczesny okres czarnobiały, a potem próbuje zmierzyć się z kolorem. Nie zawsze z dobrym skutkiem.
KRZYSZTOF HEJKE: Tak pewno często bywa. Kolorową fotografię potraktowałem nie tylko jako nowe narzędzie, ale także jako nowe wyzwanie. Czułem, że czarnobiałe zdjęcia za łatwo mi wówczas wychodziły. Adam Bujak powiedział mi kiedyś, że on przez sześć lat dochodził do tego, czym jest kolor, i jeszcze go nie rozumie. A on w tamtym okresie był wielkim gwiazdorem. Pomyślałem, że coś w tym rzeczywiście musi być. Większość zdjęć kolorowych była banalna, pocztówkowa, pozbawiona życia, zupełnie nieprzekonująca. Nie ma nic gorszego niż zdjęcie barwne, pomyślałem wtedy i – włożyłem do aparatu kolorowy negatyw. Zacząłem mierzyć się z kolorem i do tej pory się z nim zmagam.
HANNA MARIA GIZA: Malarz ma do dyspozycji całą paletę barw. Może ich użyć w dowolny sposób. Ponadto może jeszcze wykorzystać fakturę i odpowiednio się nią posłużyć. Fotograf ma do dyspozycji idealnie gładki papier, a mimo to niektóre pana zdjęcia oglądane z pewnej odległości stwarzają złudzenie powierzchni fakturalnej.
KRZYSZTOF HEJKE: Gamę kolorystyczną zastępują ogromne możliwości techniczne aparatów. Dzięki nim mogę dotrzeć do każdego szczegółu, wyłowić fragment z mnóstwa detali, ale zdjęcie staje się przez to zbyt dosłowne. To najsłabsza strona kolorowej fotografii. Szalenie trudno jest tak korzystać z dobrodziejstw dzisiejszej techniki, by utrwalić na kliszy to, co się chce, a nie to, co się widzi.

 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich fotografów.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz malarstwa. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

 

Krzysztof Hejke
zaslepka_foto.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii

Jaka jest wymowa fotografii? Jej pierwotny sens? Jest nim światło. Wyczucie chwili. Kontekst ruchu zatrzymany w kadrze.

 

Moje prywatne rozmowy z mistrzami obiektywu to coś znacznie więcej niż podręcznik. To opowieść o czystym medium, poprzez które świat zewnętrzny kontaktuje się z duchem artysty, a duch artysty z tym, co widzialne, namacalne, zmysłowe.


Teraz w Państwa domowej kolekcji! Seria “Artyści mówią”.