Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Stefan Figlarowicz

HANNA MARIA GIZA: „Od dziesięciu lat przekopuję prywatne kolekcje starych fotografii, przedstawiających życie w powojennym Gdańsku. W albumach, pudłach i szufladach odnajduję rodzinne pamiątki, których jakość techniczna jest nieraz katastrofalna, lecz ze względu na treść okazują się one niejednokrotnie cenniejsze od fotografii przechowywanych w oficjalnych albumach” – tak napisał pan we wstępie do albumu Koniec i początek, który ukazał się nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria. Czego pan szuka w starych fotografiach?
STEFAN FIGLAROWICZ: Stare fotografie to są pojedyncze zdjęcia, których nie ma w żadnych zbiorach, to są unikaty, robione tylko dla celów prywatnych, w związku z tym – niepowtarzalne. Trzeba mieć nosa, trochę wrażliwości i dużo, dużo cierpliwości, żeby przekopać się przez sterty banalnych, stereotypowych fotografii i wynaleźć cudowne rodzynki, które zapamiętuje się na całe życie.
HANNA MARIA GIZA: Często są to fotografie okazjonalne, robione dlatego, że ktoś w określonym czasie znalazł się w określonym miejscu i sfotografował coś, żeby pokazać rodzinie. I to są właściwie fotografie rodzinne. Czy takie fotografie pan zbiera?
STEFAN FIGLAROWICZ: Właśnie takie fotografie. One przez swoją prostotę i naiwność z jednej strony, a z drugiej często niezwykłe wyrafinowanie, niebywałą syntezę pokazują rzeczy charakterystyczne dla czasów i osób żyjących w tych czasach. Jeśli zobaczymy dziecko w futerku do ziemi, czapce jak piramida, spodenkach, w jakie Walentynowicz ubierał Koziołka Matołka, czy z niewyobrażalną dzisiaj zabawką, to wszystko są dla nas odkrycia, że taki był świat wcale nie tak dawno. Więc takie obrazy zapamiętuje się na długo, czasem na zawsze. I wiele takich fotografii udaje się wyłowić, i te zbiory to jest specjalizacja Gdańskiej Galerii Fotografii, która formalnie posiada status Działu Fotografii Muzeum Narodowego w Gdańsku. Celem muzeum jest gromadzenie, opracowywanie, konserwacja i udostępnianie swoich zbiorów, i to czynią wszystkie działy fotografii w polskich muzeach. Ale tylko nasz dział ma Galerię, w której przygotowuje około dziesięciu wystaw rocznie. Do Gdańskiej Galerii Fotografii, którą prowadzę od 1990 roku, ludzie przywożą fotografie, nawet całe zbiory. Często zapraszają mnie do siebie i mówią: „Proszę pana, czy pan zaopiekuje się moim archiwum? Ponieważ po mojej śmierci, jestem pewien (czy pewna), te zbiory pójdą na śmietnik”. Zdarza się niestety często, że przychodzę o jedną chwilę za późno.
HANNA MARIA GIZA: Kto przychodzi do Galerii Fotografii? Ludzie, którzy chcą zobaczy
, jak kiedyś wyglądał świat albo jak wygląda świat innych ludzi?
STEFAN FIGLAROWICZ: Nie tylko. Przychodzą sami bezpośrednio zainteresowani, którzy występują na zdjęciach, bo dla nich to jest ważna rzecz.
HANNA MARIA GIZA: Podróż sentymentalna?
STEFAN FIGLAROWICZ: Nie tylko. Przede wszystkim nobilitacja. Bo ich zdjęcie, z ich albumu czy archiwum, zawisło na ścianie w muzeum. A na to samo zdjęcie zupełnie inaczej patrzą, jeśli pokazuje im babcia, przewracając kartki albumu, a zupełnie inaczej, jeśli to jest eksponowane w muzeum.
Na wystawę w Dziale Sztuki Współczesnej w Pałacu Opatów w Oliwie, Koniec i początek. Gdańsk 1945-1955, czyli pierwsze dziesięciolecie po wojnie, którą zrobiłem w 1997 roku, przychodzili mieszkańcy Trójmiasta całymi rodzinami. Przychodzili po kilka razy, przychodzili ze swoimi wnukami, ze swoimi znajomymi. I zdarzyła się cudowna rzecz: oni do tych zdjęć, do tych komentarzy, które były – dodawali swoje komentarze. To jest druga nasza specjalność: zwracamy uwagę nie tylko na obraz. Obraz jest bardzo ważny, bo zostaje w pamięci, ale tak samo zostają w pamięci słowa, dokumenty, komentarze, relacje. Jeżeli chciało się wystawę „przeczytać”, to trzeba było spędzić na niej trzy–cztery godziny.

 


HANNA MARIA GIZA: Tytuł Koniec i początek – zaczerpnięty z wiersza Wisławy Szymborskiej?
STEFAN FIGLAROWICZ: Tę wystawę, a potem album, robiłem z Anielą Śliwką, moją współpracownicą. To ona znalazła ten wiersz Wisławy Szymborskiej, a autorka wyraziła zgodę na jego wykorzystanie. A wiersz zaczyna się tak:
Po każdej wojnie
ktoś musi posprzątać.
Jaki taki porządek
sam się przecież nie zrobi.

HANNA MARIA GIZA: I pan sprzątał po tej wojnie.
STEFAN FIGLAROWICZ: Po pierwsze odkrywałem rzeczy, które uciekają w podręcznikach historii. Bo tam – wiadomo, tyle i tyle osób zginęło. Tymczasem Zbigniew Herbert mówi ustami pana Cogito o potrzebie ścisłości:
jak trudno ustalić imiona
wszystkich tych co zginęli
w walce z władzą nieludzką
dane oficjalne
pomniejszają ich liczbę
raz jeszcze bezlitośnie
dziesiątkują poległych.

Herbert mówił o tym, że statystyka to nie jest wszystko. Należy zobaczyć imiona i nazwiska. I my pokazujemy pewne rzeczy, które dla zwykłych śmiertelników przedstawiają się prosto: była wojna, Gdańsk został zniszczony. Ale kroniki nie mówią o tym, jacy ludzie, w jakiej kondycji psychicznej przyjeżdżali do tego zniszczonego miasta, co zobaczyli i jak żyli. A żyli jak zwykli ludzie. Bawili się, odreagowywali czasy wojny. Bawili się szalenie. To opowiadają wszyscy, że wtedy był czas wielkiej pracy, wielkich problemów politycznych, ale jednocześnie wspaniałej zabawy.
HANNA MARIA GIZA: Powiedziałam, że sprząta pan po tej wojnie, ponieważ zapamiętałam taką pana opowieść, gdzieś zapisaną: zrujnowane miasto, sterczące kikuty kominów, nie ma ulic, tylko gruzowisko, a dwóch mężczyzn niesie zwinięte w rulon tło do fotografii oraz aparaty na statywach. Jeden z tych mężczyzn, przebrany w skórę niedźwiedzia, pozuje do zdjęcia. Ale nikt nie wie, że ukrywający się w tej skórze człowiek to ukrywający się przed NKWD żołnierz AK.
STEFAN FIGLAROWICZ: To była cała historia związana z rodziną wędrownego fotografa pana Ziemby, udokumentowana na zdjęciu. Proszę popatrzeć : na ramieniu pan Ziemba niesie zrolowane tło, a tło rzeczywiste to jest skrzyżowanie ulic Grobli i Straganiarskiej. Widać i tego misia, i pana Ziembę, jego żonę, ich sąsiadkę, i to „zbombione” miasto, które wygląda też jak namalowany ponury obraz. Kiedy oglądam tę fotografię, to nieodmiennie doznaję uczucia jej nierealności. Zniszczony zakątek Gdańska wydaje mi się także tłem namalowanym przez zakochanego w romantycznych ruinach malarza. Tłem, które wystarczy tylko zrolować i ukaże nam się znowu normalny świat.
HANNA MARIA GIZA: W tym czasie, kiedy chciałoby się zrolować zburzone miasto, był pan dzieckiem. Czy wtedy już marzył pan o fotografii?
STEFAN FIGLAROWICZ: Jako dziecko chciałem być elektrykiem. Moi rodzice byli po SGGW, żyli na wsi w ciężkich stalinowskich czasach. Pewnie dlatego chciałem być prostym elektrykiem. Jednak po skończeniu technikum w Toruniu poszedłem na politechnikę w Gdańsku. Tam przeżyłem październik 1956 i niespotykany wybuch studenckiej twórczości artystycznej. Jako dźwiękowiec otarłem się o zespoły Bim-Bom, To-tu, Cyrk Rodziny Afanasjeff. Na politechnice związałem się z „Kroniką Studencką”. To był rodzaj gazetki ściennej wydawanej przez Zrzeszenie Studentów Polskich, elegancka drewniana gablota stała w holu głównym politechniki, ukazywało się w niej co 10 dni około 30 fotografii z komentarzami. Najpierw zacząłem robić do niej winietki, potem nauczyłem się fotografowania. I po skończeniu studiów miałem dylemat, czy zostać elektronikiem (zmieniłem wcześniej kierunek studiów), czy związać się z fotografią. Wybrałem fotografię. Chciałem być fotoreporterem w jakimś dobrym piśmie ilustrowanym. To był koniec lat sześćdziesiątych. Dwa takie pisma wtedy wychodziły. Jedno to był tygodnik „Świat”, drugie miesięcznik „Polska (Zachód)”, prowadzony przez Jerzego Piórkowskiego. „Świat” zamknięto po opublikowaniu przeze mnie jednej okładki, a właściwie jednego fotoreportażu, więc poszedłem do Piórkowskiego i zapytałem, czy interesują go moje zdjęcia. Tak zaczęła się kilkuletnia współpraca zawodowa z miesięcznikiem „Polska”.

 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich fotografów.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz malarstwa. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

Stefan Figlarowicz
zaslepka_foto.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii

Jaka jest wymowa fotografii? Jej pierwotny sens? Jest nim światło. Wyczucie chwili. Kontekst ruchu zatrzymany w kadrze.

 

Moje prywatne rozmowy z mistrzami obiektywu to coś znacznie więcej niż podręcznik. To opowieść o czystym medium, poprzez które świat zewnętrzny kontaktuje się z duchem artysty, a duch artysty z tym, co widzialne, namacalne, zmysłowe.


Teraz w Państwa domowej kolekcji! Seria “Artyści mówią”.