Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Zbigniew Dłubak

HANNA MARIA GIZA: „To, co istotne w sztuce, polega na przekraczaniu przyjętych granic” – tak pan kiedyś powiedział. A zaraz potem, że w okresie socrealizmu pozostawał pan poza nurtem, poza tym, co się działo w galeriach, że wówczas nie robił pan nic, jeśli chodzi o sztukę. Przekraczanie granic w tamtych czasach polegało na robieniu czegoś pozornie niemożliwego, co burzyło ten porządek, zaakceptowany stan rzeczy – zarówno w polityce, jak i w sztuce.
ZBIGNIEW DŁUBAK: Rozumiem to przekraczanie jedynie jako przekraczanie pewnych przyjętych konwencji sztuki, a nie odnoszenie się do sytuacji politycznych, tak jak na przykład w latach pięćdziesiątych, kiedy życie artystyczne w Polsce było całkowicie kontrolowane przez władze partyjne i regulowane w bardzo nieprzyjemny dla artystów sposób. Zajmowałem się fotografią w sposób dość odmienny od tego, co robiłem w latach czterdziestych. Postanowiłem mianowicie zacząć wówczas od początku. To znaczy fotografowałem pejzaże, jakieś fragmenty miasta, a także ludzi. Ale wszystko to był, że tak powiem, rozbieg na nowo. Nie wystawiałem. Pracowałem sam dla siebie w swojej pracowni. Rok 1950 zamyka okres pierwszych moich powojennych prób w dziedzinie fotografii. A wracając jeszcze do tego przekraczania, uważam, że właśnie w latach czterdziestych próbowano przekraczać konwencję, która wówczas panowała w polskiej fotografii. Konwencję polegającą na tym, że fotografię uważano za rodzaj dokumentu widzenia, oczywiście odpowiednio spreparowanego, odpowiednio pod względem estetycznym przygotowanego czy przeżytego przez artystę, lecz jednak pokazującego przede wszystkim pewne wydarzenia, pewne fakty czy zespoły przedmiotów, które mieściły się w ramach konwencji „fotografia artystyczna”. Dlatego zająłem się wówczas ilustrowaniem poematów. Na przykład poematu Pabla Nerudy Serce Magellana.
HANNA MARIA GIZA: Zdjęcie jest podpisane: „Budzę się nagle w nocy, myśląc o dalekim południu. Ilustracja do poematu Pablo Nerudy Serce Magellana, 48 rok”.
ZBIGNIEW DŁUBAK: Tych ilustracji było kilka, do różnych tekstów.
HANNA MARIA GIZA: Był pan jednym z nielicznych twórców okresu powojennego stosujących fotografię jako medium ekspresji artystycznej. Do czego pan sięgał, do jakich wzorców się odwoływał? Czy był pan w jakikolwiek sposób związany z jakimiś galeriami, z jakimiś grupami artystów? Czy też był pan zupełnym samotnikiem?
ZBIGNIEW DŁUBAK: W tym czasie, jeżeli chodzi o działalność artystyczną, byłem właściwie samotnikiem. Ale już wówczas kontaktowali się ze sobą artyści w jakiś sposób związani z awangardą przedwojenną, jak na przykład Stażewski, Włodarski czy Strzemiński. W Warszawie skupili się wokół Klubu Młodych Artystów i Naukowców, mieszczącym się w Teatrze Domu Wojska Polskiego na placu Zwycięstwa (obecnie Piłsudskiego), w budynku, gdzie przed wojną istniała galeria prowadzona przez IPS – Instytut Propagandy Sztuki. Urządzaliśmy tam spotkania literatów, filozofów, poetów, malarzy, fotografów. Często odbywały się dyskusje. W ten sposób wchodziłem wówczas w środowisko. Jednak moja twórczość znajdowała się trochę poza głównym nurtem fotografii polskiej, która pozostawała wtedy pod wpływem znakomitego zresztą mistrza, Jana Bułhaka. Mimo że robiłem zupełnie co innego, muszę powiedzieć, że darzyliśmy się wzajemną sympatią i spotykaliśmy się od czasu do czasu. Za namową kolegów wstąpiłem wówczas do Związku Fotografików, a przewodniczącym komisji artystycznej był właśnie Bułhak.

 


HANNA MARIA GIZA: Na czym polegała inność tego, co pan robił?
ZBIGNIEW DŁUBAK: Zainteresowała mnie przede wszystkim metaforyczność, co – poza poezją oczywiście – przekładałem na widzenie zwykłych przedmiotów, a poza tym na ten rodzaj oglądania rzeczywistości, w której niewielką już rolę odgrywa przedmiotowość, pozostaje zaś metafora. Potem zaczęła się ta cała awantura o socrealizm. Tak się złożyło, że moja praca fotograficzna dojrzała do takiego stanu, w którym trzeba było zacząć od początku, co oczywiście nie miało żadnego związku z socrealizmem. Doszedłem wówczas do przekonania, że powinienem narzuci
sobie większą dyscyplinę w samym tworzywie faktograficznym. Wykorzystując więc swoje dotychczasowe doświadczenia, próbowałem doszukiwać się poprzez fotografię pewnych pozaprzedmiotowych cech w bardziej zbanalizowanym sposobie widzenia. Zająłem się fotografowaniem obiektów banalnych, takich jak pejzaż, widoki fragmentów miasta, portret. To mnie zajmowało w latach pięćdziesiątych. Jednocześnie zaczynałem powoli pracować nad cyklem fotografii, w którym główną rolę grały przedmioty z codziennego otoczenia i fragmenty aktów. Zamknąłem to w cyklu, który nazwałem później Egzystencje. Cykl ten stanowił główny zestaw fotografii do Ikonosfery I.
HANNA MARIA GIZA: Połowa lat sześćdziesiątych to słynna fotoinstalacja Ikonosfera, czyli przestrzenny obiekt fotograficzny. Ikonosfera. Ikona to coś, co jest uosobieniem cech określających nieomylnie daną postać lub rzecz; znak rozpoznawczy, symbol czegoś. O pana Ikonosferze jedni mówią, że jest to poemat o człowieku, inni, że o kobiecie. Czy ciało kobiety może być znakiem o szczególnej mocy? Czy służy jako doskonały instrument do zapisu znaczeń?
ZBIGNIEW DŁUBAK: Dokładne wyjaśnienie nie jest wcale proste. Na pewno coś z tego, o czym pani mówi, jest prawdą, dotyczy to zwłaszcza okresu, kiedy robiłem Ikonosferę I. Może podchodziłem do tego bardziej intuicyjnie. Jeszcze wówczas nie potrafiłem teoretyzować na ten temat. Ale stopniowo, równolegle do działalności praktycznej, artystycznej, zajmowałem się również stroną teoretyczną tych zagadnień. Interesowało mnie zestawienie działania przedmiotu martwego i działania ciała, głównie kobiecego. To jest kwestia nie tylko formy, ale również pewnych odczuć, pewnych procesów psychicznych związanych z reakcją na ciało kobiece. Jako mężczyzna reaguję na nie w bardzo specyficzny sposób; gdyby te fotografie robiła kobieta, wówczas byłyby prawdopodobnie zupełnie inne.
HANNA MARIA GIZA: Czy to znaczy, że ciało może być czymś w rodzaju języka sztuki?
ZBIGNIEW DŁUBAK: Nie ma języka sztuki. Sprawa języka to coś zupełnie innego niż sprawa sztuki.
HANNA MARIA GIZA: Pytam o język ciała, ponieważ fotografował pan całe sekwencje torsów kobiecych z odsłoniętym łonem i z dłońmi w różnym układzie. Te dłonie gestykulują, coś wyrażają, mówią.
ZBIGNIEW DŁUBAK: Mówi pani o cyklu Gestykulacje. On był późniejszy, bo zacząłem go tworzy
we wczesnych latach siedemdziesiątych. Czyli już po Ikonosferach, ale właściwie zainicjowała to wszystko Ikonosfera III (1971). Główna jej część polegała na ekspozycji pionowych pasów sklejonych ze sobą fotografii, obrazujących albo sekwencje zgodne z rzeczywistym oglądaniem torsu, na przykład z góry w dół, albo też, powiedzmy, zestaw rąk w różnych układach. Było to bardzo precyzyjne i nieprzypadkowe. Jedno położenie rąk na torsie dawało początek czemuś, co się potem zmieniało i stawało drugim położeniem, a później trzecim i tak przez dwanaście kolejnych obrazów. To otwierało pole do skojarzeń, do odczuć. Fotografowałem z jednego miejsca, właściwie model się nie ruszał, tylko zmieniał położenie rąk, tworzył więc rodzaj ornamentu dekoracyjnego.

 


 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich fotografów.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz malarstwa. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

Zbigniew Dłubak
zaslepka_foto.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii

Jaka jest wymowa fotografii? Jej pierwotny sens? Jest nim światło. Wyczucie chwili. Kontekst ruchu zatrzymany w kadrze.

 

Moje prywatne rozmowy z mistrzami obiektywu to coś znacznie więcej niż podręcznik. To opowieść o czystym medium, poprzez które świat zewnętrzny kontaktuje się z duchem artysty, a duch artysty z tym, co widzialne, namacalne, zmysłowe.


Teraz w Państwa domowej kolekcji! Seria “Artyści mówią”.