Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Rosław Szaybo

ELŻBIETA DZIKOWSKA: Pana kariera graficzna zaczęła się nie od plakatów, lecz od okładek płytowych?
ROSŁAW SZYBO: Tak się złożyło. Żyłem w czasach, które były bardzo wygodne, mimo że nie mieliśmy samochodów, tylko skutery; wtedy zaczynał się jazz, były bale w Filharmonii, WAG-u, bale gałganiarzy – po prostu wyrastałem w atmosferze jazzu i właśnie dzięki temu udało mi się wkręcić do Polskich Nagrań. Zacząłem robić okładki do płyt Polish Jazz. Zabawne, że po tylu latach wciąż spotykam te okładki w sklepach. Powinny się już zestarzeć, zeszmacić, pożółknąć, stracić aktualność.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Czyli ciągle nie ma lepszych. Potem zaczął robić pan okładki w Anglii.
ROSŁAW SZYBO: Mój wyjazd był przypadkowy. W pracowni na Chocimskiej stale słuchałem Radia Luxemburg i z przerażeniem stwierdziłem kiedyś, że nie rozumiem ani słowa, docierała do mnie jedynie muzyka. Wtedy poznałem Anglików, którzy właśnie przyjechali do Polski. Nie mogłem się z nimi porozumieć, ale mimo to świetnie spędzaliśmy czas. Obwoziłem ich po Warszawie, kupowałem lody, kryształy, pokazywałem Cepelię i ci mili ludzie, pragnąc wyrazić swoją wdzięczność, zapytali, czy nie chciałbym przyjechać do Londynu. Choć uważałem, że lepiej spędzać czas w Jastarni albo w Zakopanem, pomyślałem, że warto może skorzystać z okazji. I tak w listopadzie 1966 roku – było strasznie zimno! – znalazłem się w Londynie. Już po dwóch tygodniach nawiązałem kontakty, które rokowały nadzieje zawodowe, więc pożegnałem moich angielskich gospodarzy i sam puściłem się na szerokie wody! Czas spędzałem jednak głównie w Polskim Ognisku, bo tam można było czasem złapać robotę. Żadne plakaty ani grafika – ot, pomalować komuś ściany.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: I czuł się pan z tym dobrze? Wyjeżdżając z Polski, miał pan już na artystycznym koncie kilka wygranych konkursów, nagrody i powodziło się panu całkiem nieźle.
ROSŁAW SZYBO: A jednak byłem zachwycony nową sytuacją. Nagle musiałem zacząć wszystko od zera, jako człowiek zupełnie nieznany. To niesamowicie stymuluje.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Jakby urodził się pan na nowo…
ROSŁAW SZYBO: Po prostu była to fascynująca możliwość rozpoczęcia wszystkiego od początku. W jakimś sensie co parę lat zaczynam coś burzyć, żeby powstawać z popiołów.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Ale rodzi się pan zawsze w czepku. Dziecko szczęścia.
ROSŁAW SZYBO: Różnie się zdarza. Kiedy zaczyna być zbyt dobrze – nagle uderza nas coś po głowie i sprowadza na ziemię. To jedyna metoda odmładzania się.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Jaki był dalszy ciąg kariery londyńskiej?
ROSŁAW SZYBO: To właściwie nie była kariera. Malowałem kiedyś korytarz w Polskim Ognisku. Siedzę sobie na drabinie w zrobionej z gazety czapce-napoleonce i nagle spostrzegam, że wchodzi Eryk Lipiński, którego bardzo dobrze znałem, bardzo lubiłem i nawet się z nim przyjaźniłem. Lecz chociaż widzi on człowieka na drabinie, z dużym pędzlem, w tej czapce z papieru i przechodzi obok mnie nawet dwa razy – to wcale mnie nie zauważa!
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Nie wyobrażał sobie pana w tej roli.
ROSŁAW SZYBO: Kiedy jednak skończyłem pracę, umyłem się, zdjąłem napoleonkę i wszedłem na salę, gdzie na samym końcu siedział Eryk – zerwał się natychmiast, wołając: „Cześć, Sławek, fajnie cię zobaczyć”. Uściskaliśmy się.

 


ELŻBIETA DZIKOWSKA: Wtedy zszedł pan z drabiny na zawsze?
ROSŁAW SZYBO: Ale nie dlatego, że wstydziłem się Lipińskiego. Poznałem ludzi, którzy gdzieś widzieli moje prace, popchnęli mnie pod właściwy adres i nagle dostałem do roboty plakat do filmu z Jamesem Bondem. Wydarzenie dla mnie niesłychane i finansowo, i zawodowo. Bardzo mi na tej pracy zależało. Zrobiłem wiele szkiców do tego plakatu, kiedy jednak zaniosłem je producentowi filmu, popatrzył na nie i powiedział: „Fantastyczne, kupujemy wszystkie, ale żadnego nie wydamy”.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Dlaczego?
ROSŁAW SZYBO: Bo te szkice były po prostu polskimi plakatami. W opinii ekspertów od marketingu w ogóle nie reklamowały filmu.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Nie uwzględniały gustów klienta i widowni?
ROSŁAW SZYBO: Nie uwzględniały tego, co wymarzył sobie producent. Nie było na tym plakacie człowieka z pistoletem, rozebranych panienek, helikopterów, które rozbijają się w powietrzu. Ja po prostu zrobiłem intelektualny polski plakat. Pieniądze dostałem, pozwoliły mi trochę pożyć bez drabiny. Wkrótce zresztą ktoś zgłosił się do mnie i zaproponował zrobienie opakowania... na perfumy dla dzieci. Byłem niesłychanie zdumiony, bo nie wyobrażałem sobie uperfumowanych maleństw, ale gdy okazało się, że miały to być pachnidła malinowe, porzeczkowe, truskawkowe – zabrałem się do opracowania projektu. Znowu otrzymałem przyzwoite honorarium.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: I znowu projekt nie został wydrukowany?
ROSŁAW SZYBO: Właśnie. Bo właścicielka firmy splajtowała. Wtedy bardzo już chciałem powrócić do Polski. Gdyby nie kobieta… Miła, urocza, ładna. I zdarzyło się dziecko, które stało się szalonym dopingiem. Wtedy to otrzymałem posadę dyrektora wielkiej agencji reklamowej Young and Rubicam, bardzo znanej w Anglii. Wydarzenie niesłychane! Kiedy w czasach kawalerskich dzieliłem pokój z polskim architektem, któremu płacono tygodniowo 17 funtów, był on dla mnie krezusem (nowy jaguar kosztował wtedy około 1000 funtów). Myślałem wtedy: gdyby mi płacono 15 funtów, to byłoby tak, jakbym złapał kogoś bardzo ważnego za nogi! Gdy poszedłem na rozmowę i pokazałem swoje prace, dwóch poważnych panów pokiwało głową i choć niewiele jeszcze rozumiałem po angielsku, było jasne, że podoba się im moja robota. Kiedy zapytali, ile chciałbym zarabiać, na skutek słabej angielszczyzny przejęzyczyłem się i zamiast 15 funtów tygodniowo powiedziałem 50 (fifteen – fifty). Znowu pokiwali głowami i stwierdzili: drogo, ale jesteś tego wart. Spociłem się jak szara mysz, ale byłem wreszcie ustawiony! Była to przedziwna praca, zupełnie co innego, niż robiłem w Polsce. U nas nie istniała wtedy taka reklama.

 

 

reprodukcje: E. Szaybo

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami grafiki. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich grafików.

Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom malarstwa oraz fotografii. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.

Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

 

Rosław Szaybo
zaslepka_graficy.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami grafiki

Mowa grafików jest jak język potoczny. Żywa, barwna i zmienna, wszędzie ją słychać, a właściwie widać.

 

Grafika to wyrafinowane techniki: miedzioryty, linoryty, drzeworyty, czy litografie, które podziwiamy w muzeach i galeriach. Grafika to również dziesiątki kolorowych magazynów w kioskach i zwracające uwagę plakaty na słupach ogłoszeniowych.

 

Teraz w Państwa domowej kolekcji. Seria “Artyści mówią”.