Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Alina Kalczyńska

ELŻBIETA DZIKOWSKA: Odnoszę wrażenie, że i w twórczości, i w życiu wciąż pani dążyła w stronę światła, tam, gdzie go najwięcej. W sztuce – poprzez grafikę, akwarelę, książkę artystyczną, nawet tkaninę – ku witrażom. W życiu – ku południu Włoch, aż do Otranto, które stało się pani magicznym miejscem. Kreacja i egzystencja splatają się, są niezwykle spójne.
ALINA KALCZYŃSKA: Zdawałam się i zdaję na intuicję. Dyplom na Akademii zrobiłam w drzeworycie barwnym. Pierwsze prace były różnorodnymi próbami: drzeworyt z tłoczeniem, z fakturą, z precyzyjnymi cięciami w desce sztorcowej. Później najważniejszym etapem pracy stało się już nie samo wycinanie drzeworytu, ale robienie odbitki. Pracowałam na dużych deskach, aby uzyskać kontrast płaszczyzny czerni z małym elementem światła. Z biegiem czasu czerń zastąpiłam kolorem, który stawał się coraz bardziej przejrzysty. Przejście do witrażu było chyba naturalną konsekwencją wieloletniej pracy nad drzeworytem. Chociaż moje drzeworyty „ilustrowały światło”, już mi nie wystarczały, nie wytrzymywały konkurencji z nowo odkrytym materiałem – szkłem. Realizując pierwszy witraż w 1987 roku, uświadomiłam sobie, że szkło jest materiałem bardzo mi bliskim. Zrozumiałam także, że to właśnie światło najbardziej mnie urzeka.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Czy miejsce ma wpływ na charakter sztuki? Od 1980 roku mieszka pani we Włoszech. Czy inaczej by pani tworzyła, pozostając w Polsce?
ALINA KALCZYŃSKA: Zetknięcie się ze światłem południowych Włoch miało na pewno decydujący wpływ na moją pracę. Istnieje takie miejsce, gdzie czuję się w harmonii z otoczeniem i ze sobą: to właśnie Otranto, mała nadmorska miejscowość w Apulii. Ostre, czyste światło rozżarza i nasyca kolorem pejzaż. Tam odnajduję możliwość koncentracji, spędzam całe dnie w pracowni, wszystkie inne sprawy schodzą na plan dalszy. Czuję, że takim miejscem mi sprzyjającym mogłaby także być Wenecja. Intensywne odczucie piękna, koloru i światła, które przeżyłam, widząc ją po raz pierwszy, odnawia się za każdym powrotem.

 


ELŻBIETA DZIKOWSKA: Pani przygoda ze sztuką zaczęła się od drzeworytu, medium chyba trudnego dla kobiety. Co takiego dawało pani to żmudne „haratanie”, jak powiadał Jerzy Panek?
ALINA KALCZYŃSKA: Spotkanie z Jerzym Pankiem miało z pewnością ogromny wpływ na całe młode pokolenie w środowisku krakowskim. Panek miał swój osobisty pomysł na życie. Życie dla sztuki. Tam nie było wahań czy kompromisów: szedł na całego. Ja wybrałam drzeworyt, gdyż nie wymagał pracowni, dawał natomiast poczucie niezależności. Moje drzeworyty nie były „harataniem” deski jak u Panka, lecz za to robienie odbitek porównałabym do tortury. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach drzeworyty odbijaliśmy ręcznie, nie wolno było mieć prasy drukarskiej. Odbitki zawsze robiłam sama; także później, już na prasie w swojej pracowni w Mediolanie, całe nakłady do książek wykonywałam osobiście. Tego etapu pracy nie chciałam powierzyć nikomu. To fascynacja światłem skłoniła mnie do szukania go w drzeworycie. Duże, czarne płaszczyzny służyły mi do wydobycia małego źródła światła. Czasami czerń odbijałam kilkakrotnie, nakładając kolejne warstwy, aby uzyskać jej głębię czy matowość. Natomiast niuanse kolorów nakładałam bardzo cienko. Wydrukowanie jednego egzemplarza zabierało mi wiele godzin, dlatego nakłady były zawsze bardzo niskie. Szukałam prostoty formy, przejść kolorów i wreszcie świetlistej przejrzystości. Każda odbitka była inna, każda też stanowiła wariant poprzedniej. To był już antydrzeworyt.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Każda praca musiała mieć najwyższą jakość…
ALINA KALCZYŃSKA: W latach 70. towarzyszyło tym pracom ogromne napięcie. Drzeworyty te, bardzo dla mnie ważne i bardzo osobiste, powstały z potrzeby komunikowania się z innym światem. Dominował w nich porządek geometryczny, były czystym formalnie skrótem do odszyfrowania, „telegramami wysyłanymi w kosmos” z przekonaniem, że któregoś dnia nadejdzie odpowiedź, że otrzymam zaproszenie…
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Długo pasjonowała się pani drzeworytem…
ALINA KALCZYŃSKA: Przez 15 lat. Interesowało mnie także to, jak pracują w tej technice inni artyści, tak różni, że aż przeciwstawni, jak Gielniak–Grabowski, Fijałkowski–Panek, Olga Blinder–Akira Kurosaki; stary drzeworyt japoński i ten współczesny oglądany na krakowskim Międzynarodowym Biennale Grafiki, działającym od 1966 roku. Co dwa lata do Krakowa napływały najnowsze prace artystów z całego świata. Biennale było dla nas wielkim darem. Kraków stawał się światową stolicą grafiki. Nawiązywaliśmy kontakty, publikowaliśmy książki za granicą, wymienialiśmy grafiki z artystami. Lost Paradise 10 Akiry Kurosaki, z którym wymieniłam prace, towarzyszy mi do dziś.

 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami grafiki. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich grafików.

 

Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom malarstwa oraz fotografii. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.

 

Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

 

Alina Kalczyńska
zaslepka_graficy.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami grafiki

Mowa grafików jest jak język potoczny. Żywa, barwna i zmienna, wszędzie ją słychać, a właściwie widać.

 

Grafika to wyrafinowane techniki: miedzioryty, linoryty, drzeworyty, czy litografie, które podziwiamy w muzeach i galeriach. Grafika to również dziesiątki kolorowych magazynów w kioskach i zwracające uwagę plakaty na słupach ogłoszeniowych.

 

Teraz w Państwa domowej kolekcji. Seria “Artyści mówią”.