Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Andrzej Dudziński

ELŻBIETA DZIKOWSKA: Stworzony przez pana Dudi był najsławniejszym ptakiem PRLu. Nielotny, a więc o ograniczonej wolności, wielbiony, ale i prześladowany, dla jednych dowcipny, groteskowy, czasem nawet cyniczny, dla innych – groźny, należał do najważniejszych komentatorów obyczajowych i politycznych tamtego okresu. Zaistniało nawet dzięki niemu paradoksalne zjawisko nazwane przez pana „oficjalnym undergroundem”. Jak doszło do powstania tego oryginalnego stwora, który cieszył się i cieszy do dzisiaj – choć to już historia – tak wyjątkowym powodzeniem?
ANDRZEJ DUDZIŃSKI: Dwa impulsy są najważniejsze w życiu człowieka: dążenie do godnego życia, w którym nie ma poważniejszych problemów finansowych, oraz chęć do odciśnięcia własnego śladu, bycia oryginalnym, rozpoznawalnym. Ale mój żywot artystyczny wcale się nie rozpoczął od „Szpilek”, gdzie Dudi, z którym mnie utożsamiano, został istotnie cenionym komentatorem wspomaganym przez cwaną mysz Filę i kreta Ogrodnika. Kiedy przyjechałem do Warszawy z Gdańska i zamieniłem architekturę na projektowanie plakatu w pracowni Henryka Tomaszewskiego, zaproponowano mi nieoczekiwanie publikowanie rysunków satyrycznych w miesięczniku „Polska”. Miało być dowcipnie i bez podpisu, co ku mojemu zaskoczeniu przychodziło mi z łatwością. Może to dla przyszłego artysty nie był – jak wówczas uważałem – honor zbyt wielki, ale uniezależniał mnie od pomocy materialnej rodziców. Od tego już był tylko krok do „Szpilek”, gdzie na początku rysowałem historyjki obrazkowe z tekstem, nazywane w redakcji „fajferami”, od Julesa Feifera, który udoskonalił tę formę w nowojorskim „Village Voice”. Moim idolem był wówczas Roland Topor. Do głowy by mi wtedy nie przyszło, że kiedyś będę się z nim przyjaźnił. Nie bardzo wiedziałem, jak te rysunki ze „Szpilek” zostaną przyjęte na Akademii. Wchodzę kiedyś do pracowni, a Andrzej Krauze wychyla się zza sztalugi, pytając: „Stary, no, no, jakżeś ty sobie to załatwił?”. Bo w owych czasach było niewyobrażalne, że ktoś mógł coś osiągnąć sam. Powiedziałem, że po prostu zaniosłem rysunki do redakcji. I tak pociągnąłem za sobą lawinę. W niedługim czasie i Andrzej, i wielu innych moich kolegów z Akademii publikowało w „Szpilkach”. Na aprobatę Tomaszewskiego, na czym mi oczywiście najbardziej zależało, też nie musiałem długo czekać: „Trzeba chwalić chłopaka, jak sobie sam radzi”, powiedział w mojej obecności do swojego asystenta. No i wiedziałem, że już mam swoją niszę: siedzę w domu, gryzmolę sobie coś, co mi sprawia przyjemność, i jeszcze mi za to płacą!

 


ELŻBIETA DZIKOWSKA: Wtedy już zarabiał na pana Dudi?
ANDRZEJ DUDZIŃSKI: Od czasu do czasu. W roku 1970 wyjechałem do Londynu i zostawiłem w „Szpilkach” niewielki zapas felietonów z Dudim. Szybko się wyczerpał i wtedy czytelnicy zaczęli się o niego dopominać. Dostałem stałą rubrykę. Musiałem Dudiego uprościć w formie, bo wiedziałem, że czeka mnie serial, w którym zacząłem przemycać to, co było na Zachodzie nowe i modne: kontrkulturę, hippisów, metafizykę. Pewnego razu Dudi wystąpił w kasku z napisem „oficjalny underground”. Bo taka była ta nasza kontra, na tyle nam pozwalano.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Nie miał pan kłopotów z cenzurą?
ANDRZEJ DUDZIŃSKI: Wróciłem z Londynu w roku 1972 i zastałem fantastyczny ferment. Było wtedy nawet sporo swobody, w Warszawie rozkwitały kabarety Pod Egidą, Salon Niezależnych, w Krakowie wciąż wspaniała Piwnica pod Baranami. Zamieszczaliśmy w „Szpilkach” kawałki, zdawałoby się, niecenzuralne, zwłaszcza obyczajowo. Moje naładowane w Londynie baterie zdawały się nie wyczerpywać – miałem stały felieton także w „Kulisach”, a z Jonaszem Koftą w „Literaturze”. Współpracowałem z „Kulturą” i „Ty i Ja”. To był intensywny okres jakiejś wzmożonej aktywności, wszystkim nam się wydawało, że jeszcze dużo możemy zrobić. Ale w latach 1975–1976 nastąpił koniec złudy. Było coraz więcej interwencji cenzury. Któregoś dnia powiedziano mi w redakcji, że na Mysiej zaczynano oglądanie numeru „Szpilek” od ptaka Dudiego, podejrzewano bowiem (nie tak zupełnie bez przyczyny), że skoro ma długi nos, jest wyższy od innych i często wznosi się na „mównicy” (była to albo stara komoda, albo drabina, a czasem śmietnik) – to na pewno symbolizuje Gierka. Redakcja miała kłopot, zaczęto mnie prosić, żebym zmieniał teksty, a bywało, że robili to w ostatniej chwili sami, obcinając komentarzowe ostrości. Czułem, że czas Dudiego się kończył. Ale – choć wydaje się to paradoksem – cenzura była czasem inspirująca, nauczyła mnie metaforycznego myślenia. Miało mi się to przydać później w Ameryce.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Czy pan się utożsamiał z Dudim?
ANDRZEJ DUDZIŃSKI: Psychicznie tak. Przecież wywodził się z mego nazwiska. Był to mój głos, moja trybuna. Jak w Hyde Parku. Niby groteska, absurd, ale jednak – samo życie.

 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami grafiki. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich grafików.

 

Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom malarstwa oraz fotografii. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.

 

Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

 

Andrzej Dudziński
zaslepka_graficy.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami grafiki

Mowa grafików jest jak język potoczny. Żywa, barwna i zmienna, wszędzie ją słychać, a właściwie widać.

 

Grafika to wyrafinowane techniki: miedzioryty, linoryty, drzeworyty, czy litografie, które podziwiamy w muzeach i galeriach. Grafika to również dziesiątki kolorowych magazynów w kioskach i zwracające uwagę plakaty na słupach ogłoszeniowych.

 

Teraz w Państwa domowej kolekcji. Seria “Artyści mówią”.