Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Roman Opałka

ELŻBIETA DZIKOWSKA: Mówią, że jest pan najbardziej cenionym malarzem polskim na świecie. Pana obraz kosztuje kilkadziesiąt tysięcy dolarów.
ROMAN OPAŁKA: Byłoby hipokryzją, gdybym mówił „nie”, a nieskromnością, jeśli powiem „tak”.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Czy pan sądzi, że wartość materialna świadczy o wartości artystycznej dzieła?
ROMAN OPAŁKA: W sztuce współczesnej – ale może nie tylko – wartość materialna jest zabezpieczeniem dzieła sztuki, a także prestiżu artysty. Cena obrazu van Gogha na aukcji może wydać się skandalem: dlaczego taka wysoka? Ale prawdziwym skandalem było to, że za życia van Gogh przymierał głodem. Dzisiaj historia bierze rewanż na odbiorcy. Sądzę, że w stosunku do wartości samochodu sztuka jest za tania. Kto wie, może gdyby moje obrazy nie były tak drogie, traktowano by mnie raczej jako przypadek psychiatryczny niż jako malarza. Ale skoro mój obraz kosztuje takie mnóstwo dolarów – muszę być dobry. Oczywiście, jest to argument przekonywający dla niektórych tylko typów mentalności.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Odniósł pan wielki sukces. W Polsce, a także we Francji i na świecie. Od czego on zależy – od talentu, doświadczenia, siły przebicia czy może od marszanda?
ROMAN OPAŁKA: Na pewno przede wszystkim od jakości dzieła.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: A więc marszand nie zainteresuje się artystą, którego prace nie rokują sukcesu?
ROMAN OPAŁKA: Oczywiście. Natomiast artysta, który reprezentuje autentyczną wartość i własne zdanie, pozostanie odkryty, choćby się schował w szpitalu wariatów.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Czy pan funkcjonuje dzięki marszandom?
ROMAN OPAŁKA: Nawet najwięksi artyści nie mogą się bez nich obejść. Marszandzi ułatwiają życie, a także prowokują zainteresowanie u odbiorców. Lansują artystów, hołubią kolekcjonerów, rodzą ich w pewnym sensie: jeśli wiedzą, że ktoś ma pieniądze, namawiają, by lokował je właśnie w obrazach. Mówią, że w ten sposób zarabia się najwięcej – i to na drobnomieszczanina działa. Ale naprawdę profesjonalny marszand nie postawi na malarza, który może mu sprawić kłopoty finansowe. Muzealnicy (zresztą kupują oni dzieła sugerowane im przez marszandów) wydają pieniądze publiczne; marszandzi własne.

 


ELŻBIETA DZIKOWSKA: Który rynek jest chłonniejszy – amerykański czy europejski?
ROMAN OPAŁKA: Chyba europejski. Milioner z Teksasu woli powiesić na ścianie coś, co zdobi, a moje obrazy wymagają pewnej pokory wobec sztuki.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Europa ma dłuższe tradycje mecenatu.
ROMAN OPAŁKA: Mecenatem jest każdy przejaw zainteresowania sztuką. Ona potrzebuje kibiców.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Ma ich pan wielu, szczególnie w Polsce. Wszyscy jesteśmy ciekawi, jak to się stało, że zaczął pan malować tak niekomercyjne obrazy z tak niezwykłą wytrwałością?
ROMAN OPAŁKA: Było to w roku 1965. Zacząłem myśleć o obrazach, z którymi usiłowałem sobie poradzić w moim krótkim jeszcze wówczas życiu artystycznym. Może szkoda – ubolewałem – że zarzuciłem sposób malowania, który łączył się z wizualizacją czasu, obrazy zwane przeze mnie chronomami. Były źle interpretowane, kojarzono je fałszywie. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że w moich obrazach trzeba punkty zamienić na liczby! I natychmiast zrozumiałem, że będzie to miało sens tylko wówczas, kiedy będę tak robił przez całe życie. Kiedy zacznę od jedynki i będę liczył do nieskończoności. Muszę wszystko postawić na jedną kartę i być jej wierny. Nie ja wymyśliłem liczenie, bo znają je wszyscy, ale tylko ja zrozumiałem, co można z liczenia zrobić.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Zaczęły wtedy powstawać prace o jednolitych wymiarach 196 x 135 cm, które nazywa pan obrazami liczonymi albo detalami – kolejne realizacje stanowią jak gdyby dalszy ciąg poprzednich. Jak wygląda – ogromnie, wydaje mi się, żmudna – praca nad detalem?
ROMAN OPAŁKA: Najpierw pokrywam całą powierzchnię płótna, również brzegi. Tło pierwszego obrazu, tego, który znajduje się w Muzeum Sztuki w Łodzi, było zupełnie czarne, potem założyłem sobie, że każde następne będzie stopniowo rozbielane. Długo jeszcze żałowałem koloru, były próby obrazów czerwonych (czarny na czerwonym znajduje się w poznańskim Muzeum Narodowym, czerwień na czerwieni – w prywatnej kolekcji w Niemczech). Kolor – to radość malarza. Pozostałem jednak przy swojej skromnej gamie. A więc zaczynam wypełniać obraz na krańcu górnego lewego brzegu. Kończę na dole, przy skraju prawym. Stawiając na obrazie kolejne liczby, od wielu lat wymawiam je także na głos i rejestruję to na taśmie magnetofonowej.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Czy sprzedając obraz, dołącza pan także kasetę z nagraniem głosu i zdjęcie?
ROMAN OPAŁKA: Tylko kasetę, ale jeśli ktoś nalega – daję również zdjęcie adekwatne do detalu.

 

 

Ciąg dalszy dostępny w publikacji: Artyści mówią. Wywiady z mistrzami malarstwa. Był to fragment z książki dostępnej w wersji albumowej (cena 49zł) oraz w wersji aplikacji iPad prezentującej, od kuchni, jednych z najwybitniejszych polskich malarzy.


Sztuka staje się jeszcze ciekawsza, kiedy poznajemy okoliczności, w jakich powstawała. Ton każdemu wywiadowi nadaje sam artysta, mówiąc otwarcie o tym, kim jest naprawdę – zdejmując zasłonę ze swoich obrazów.

 


W cyklu Artyści mówią przygotowaliśmy również tom poświęcony mistrzom grafiki oraz fotografii. W wolnych chwilach zanurz się w nastrojowej, nieskrępowanej wyobraźni najwybitniejszych polskich artystów i z satysfakcją podziwiaj ich prace eksponowane w polskich i zagranicznych galeriach sztuki.


Zwierzenia, których na co dzień nie słychać. Dyskusje, których nie można powtórzyć. Dzieła, które stały się ikonami.

 

Roman Opałka
zaslepka_malarstwo.jpg

Artyści mówią. Wywiady z mistrzami malarstwa

Zależało mi, aby opowiadali o sobie – swoich obrazach, o swoich obsesjach, swoich sukcesach, ale i tym, co się nie udało, nie sprostało ich własnym marzeniom. O dużych pieniądzach, ale i niespełnieniu.

 

Zapraszam do podróży, ekscytującej przygody, w której mistrzowie ujawniają kulisy swojej twórczości i zdradzają pilnie zazwyczaj strzeżone tajemnice warsztatu oraz prywatnego życia.

 

Teraz w Państwa domowej kolekcji. Seria “Artyści mówią”.