Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Ludzie w drodze. W podróży ważny jest uśmiech

W podróży ważny jest uśmiech.
NG: Strasznie trudno Panią zastać w domu. Usiłuję się z Panią skontaktować już od trzech miesięcy.
E.D.: Ostatnio rzeczywiście trochę mnie nie było. Najpierw pojechałam z koleżankami do Emiratów Arabskich i Dubajju, bo chciałam zjeść kolację w jedynym siedmiogwiazdkowym hotelu na świecie, w Burdż al-Arab. Ale mówiąc poważnie, wybrałam się tam, żeby zobaczyć tę fascynującą architekturę. Poza tym pustynię, skąd przywiozłam trochę zdjęć. Potem z przyjaciółką odwiedziłam po raz pierwszy w życiu Norwegię, gdzie uczestniczyłam w otwarciu budynku Opery. Przygotowujemy razem album o tym kraju. Następnie… ano tak, potem zaczęła się ta przygoda filmowa. Reżyseruję program Pieprz i wanilia. Na szlaku wielkich odkrywców. Byliśmy z ekipą na chorwackiej wyspie Korčula, skąd pochodził Marco Polo. Mam stamtąd piękne wspomnienia. Wybraliśmy się jeszcze do Włoch, w sprawie Kopernika. Czy pani wie, że w Bolonii studiowało wówczas wielu Polaków? Tam nauka była tania, więc w księgach uniwersyteckich są polskie herby, nazwiska i wpisy. Chciałam pokazać to miejsce takim, jakim mógł je widzieć Kopernik. On zainteresował się astronomią, ponieważ była niezbędna podczas studiów medycznych. Medycyna polegała w tamtych czasach m.in. na stawianiu horoskopów. Potem ruszyliśmy szlakiem królowej Bony. Książkę o niej podarował mi pewien zakonnik, który od kilkunastu lat bada historię życia tej władczyni, fascynuje go jej mądrość i konsekwencja. Wkrótce śladem Jana Potockiego ruszamy do Afryki, będzie też Peru Ernesta Malinowskiego.

 

W podróży ważny jest uśmiech.
NG: Strasznie trudno Panią zastać w domu. Usiłuję się z Panią skontaktować już od trzech miesięcy.
E.D.: Ostatnio rzeczywiście trochę mnie nie było. Najpierw pojechałam z koleżankami do Emiratów Arabskich i Dubajju, bo chciałam zjeść kolację w jedynym siedmiogwiazdkowym hotelu na świecie, w Burdż al-Arab. Ale mówiąc poważnie, wybrałam się tam, żeby zobaczyć tę fascynującą architekturę. Poza tym pustynię, skąd przywiozłam trochę zdjęć. Potem z przyjaciółką odwiedziłam po raz pierwszy w życiu Norwegię, gdzie uczestniczyłam w otwarciu budynku Opery. Przygotowujemy razem album o tym kraju. Następnie… ano tak, potem zaczęła się ta przygoda filmowa. Reżyseruję program Pieprz i wanilia. Na szlaku wielkich odkrywców. Byliśmy z ekipą na chorwackiej wyspie Korčula, skąd pochodził Marco Polo. Mam stamtąd piękne wspomnienia. Wybraliśmy się jeszcze do Włoch, w sprawie Kopernika. Czy pani wie, że w Bolonii studiowało wówczas wielu Polaków? Tam nauka była tania, więc w księgach uniwersyteckich są polskie herby, nazwiska i wpisy. Chciałam pokazać to miejsce takim, jakim mógł je widzieć Kopernik. On zainteresował się astronomią, ponieważ była niezbędna podczas studiów medycznych. Medycyna polegała w tamtych czasach m.in. na stawianiu horoskopów. Potem ruszyliśmy szlakiem królowej Bony. Książkę o niej podarował mi pewien zakonnik, który od kilkunastu lat bada historię życia tej władczyni, fascynuje go jej mądrość i konsekwencja. Wkrótce śladem Jana Potockiego ruszamy do Afryki, będzie też Peru Ernesta Malinowskiego.
A co to za wydruki?
To kolejna część mojego subiektywnego przewodnika po Polsce Groch i kapusta, którą kurier właśnie przywiózł do korekty. Muszę przejrzeć tekst, poprawić podpisy pod zdjęciami i oddać do wydawnictwa, bo za dwa dni wyjeżdżam.
Znowu? Przecież wczoraj Pani właśnie wróciła.
No tak, ale teraz trochę będę podróżować po Polsce dla Grochu z kapustą, mam też otwarcie mojej wystawy, potem znów Norwegia, bo przecież ma powstać album.
To trochę jest Pani zajęta.
Tak, ale ja sobie innego życia nie wyobrażam. (Dzwoni telefon). „Ach, witaj, jak miło cię słyszeć! Jak dojechałeś?...”. Przepraszam bardzo, ale to znajomy, musiałam mu poświęcić parę chwil, razem byliśmy w Peru.
Co Pani tam robiła?
Tym razem grupa moich znajomych poprosiła mnie, żebym im pokazała kawałek tego kraju. To są ludzie, którzy zaangażowali się w budowę pomnika Ernesta Malinowskiego. Z tego pomnika jestem bardzo dumna, bo byłam inicjatorką jego powstania, ale jeszcze większym powodem do dumy jest to, że to polski inżynier wybudował najwyżej na świecie położoną kolej, dopiero ostatnio prześcignęli go Chińczycy. Zauważyliśmy, że pomnik wtopił się w miejscowe życie. Dzieci z pobliskiej szkoły się nim opiekują, a premier Tusk zawiózł im komputery. Poza tym pokazałam znajomym mniej uczęszczane przez turystów szlaki, ale w Machu Picchu też oczywiście byliśmy. Chociaż jest zadeptane przez turystów i za kilkadziesiąt lat w ogóle go nie będzie, tak wiele szkód się tam wyrządza, to jednak wciąż jest cudem świata. Byliśmy też na północy, gdzie powstają piękne dzieła złotnicze. O, a tutaj mam kilka czapeczek z wyspy Taquile na jeziorze Titicaca. Tę najbardziej kolorową noszą starcy, ludzie, którzy są najmądrzejsi, zdobyli największą wiedzę.
U nas takie czapeczki kupuje się dzieciom.
No właśnie, nam wydają się dziecinne. A tę niemal zdarłam z głowy pewnej Indiance. Proszę spojrzeć, to już nie jest pamiątka turystyczna – tu jest kawałek jakiegoś kocyka, tutaj ręcznie tkane tasiemki.
I dlaczego jej to Pani zabrała?
Bo ja z każdej podróży staram się przywieźć coś oryginalnego dla Muzeum Podróżników w Toruniu, które powstało, żeby pomieścić pamiątki po Tonym. Przekazałam tam jego zbiory i zdjęcia. Przecież on dokumentował życie plemion, po których dziś nawet ślad nie pozostał. Ale ja nie kolekcjonuję tak jak Tony. Kilka masek to jedyne moje pamiątki z podróży, nie licząc kości z czaszki krokodyla, tego kokosa z Seszeli, którego nazywają sexy coco, bo bardzo przypomina pewną część ciała kobiety. Co ja jeszcze mam? Garść ziemi z Mongolii, liść palmowy z Kapsztadu, który bardzo mi się spodobał,
a ten naszyjnik z muszli założę dziś na przyjęcie, do lnianej sukni. A potem podaruję go muzeum w Toruniu. Ze wszystkim tak robię – trochę ponoszę sama, a potem niech cieszy innych. To jest ogromna przyjemność – dawać. Mniejszą jest dostawać, a większą dawać. Tak… na pewno tak jest.
Nie żal Pani oddawać takich trofeów?
Muszę się przyznać, że najciężej było mi się rozstać z moją kolekcją kluczy. Ja z każdego hotelu, w którym mieszkam, zabieram klucz do mojego pokoju.
Kradnie je Pani…?
Czasem muszę ukraść, ale najczęściej proszę o nie i dostaję, czasem każą mi odkupić. A w muzeum w Toruniu wymyślili, że zrobią mapę świata z kluczami do pokojów, w których mieszkaliśmy. No i cała kolekcja wisi teraz na mapie.
I tych kluczy ciągle przybywa. Po co tyle podróżować?
Czuję, że podróże wciąż mnie rozwijają, przynoszą nowe wrażenia. To jest uniwersytet, na którym można studiować wszystkie kierunki jednocześnie. Moją ukochaną historię sztuki, ale też historię, geografię, socjologię, nauki społeczne, politykę, antropologię, geologię. I jest to najlepszy, najprzyjemniejszy sposób studiowania. Ale trzeba pamiętać, że podróże to niebezpieczny wirus.
Kiedy się Pani nim zaraziła?
50 lat temu. Wyszłam za mąż za Andrzeja Dzikowskiego, wówczas studenta polonistyki, potem dziennikarza, i po skończeniu czwartego roku sinologii leciałam na kilkumiesięczne stypendium do Chin. To był koszmar. TU-104 i nocleg w Nowosybirsku.
To Pani boi się latać?
Potwornie się boję. Gdy żył Tony, zawsze wczepiałam się w jego ramię i tak mocno ściskałam, że potem miał siniaki na rękach. Chyba najbardziej boję się turbulencji. Tony jako pilot starał się wytłumaczyć mi, na czym polegają, że to nic strasznego, ale i tak każdą podróż bardzo przeżywam do dziś. Nie boję się jedynie lotów balonem. No, ale latam z mistrzem Polski w lotach wzwyż nad Biebrzą i fotografuję do albumu Biebrza. Cztery pory roku. Tyle że od czterech lat nie ma zimy, więc chyba będę musiała zmienić koncepcję. Ale same loty to jest coś cudownego. Ta ogromna, wszechogarniająca cisza, w dole biegną łosie, orły z ciekawością nam się przyglądają. Muszę przyznać, że fotografuję z wielką pasją.
No właśnie, kolejne albumy, wystawy…
Jestem bardzo wziętą młodą artystką. Moje wystawy jeżdżą po całej Polsce, już nawet nie mogę bywać na wszystkich wernisażach. Otwieram kilka wystaw rocznie. Fotografuję Świat z bliska, czyli w skali makro. Okazuje się, że nie ma takiej abstrakcji, której nie wymyśliłaby wcześniej natura. Abstrakcja istniała, zanim stworzyli ją artyści. Udajemy tylko, że jest czymś dziwnym. Pewnie gdyby nie mój kontakt ze sztuką, nie robiłabym takich zdjęć. Piasek, woda, kora drzew tworzą niesamowite, niezwykle malarskie obrazy.
Była też Pani kuratorem wystaw.
Z Wiesławą Wierzchowską zrobiłyśmy ogromną wystawę sztuki emigracyjnej w Zachęcie, a w Muzeum Narodowym Ars erotica, która dziś pewnie wydawałaby się naiwna, ale wtedy, a był to 1994 rok, ukradziono z tej wystawy obraz, żeby stworzyć pretekst do jej zamknięcia. Świat się zmienia, ale pod pewnymi względami ciągle jest taki sam.

Aparat fotograficzny uważany jest właśnie za narzędzie, które zatrzymuje czas.
Dlatego ja robię zdjęcia również czysto dokumentalne. Chcę utrwalić świat, który oglądam. Być może moje fotografie z Kociewia czy z Podlasia za jakiś czas nabiorą takiego znaczenia jak fotografie Tony’ego znad Amazonii, staną się dokumentacją świata, którego już nie będzie. Poza tym lubię się dzielić, dlatego chcę podzielić się również moimi podróżami. Dlatego fotografuję, robię wystawy, piszę.
A co mają z tego ludzie, których spotyka Pani w drodze?
Czasem to jest kilka groszy, które zostawię tu i tam. Czasem, tak myślę, oni z tych spotkań korzystają w taki sam sposób jak ja. Ja widzę ich świat, a oni kawałek mojego. Każda wymiana wzbogaca. Choćby miała to być jedynie drobna korzyść finansowa. Te spotkania w efekcie prowadzą do zmian. Boleję nad tym, że świat tak szybko się zmienia, ale przecież nie możemy się zamknąć w skansenie, odmówić ludziom dostępu do elektryczności czy Internetu.
Czasem jednak kontakty prowadzą do demoralizacji.
Bo my nie akceptujemy inności, uważamy, że mamy wyższe zasady moralne. I próbujemy narzucić własne, niszcząc te zastane. Weźmy tragiczny początek kontaktów Europejczyków z Indianami. Misjonarze przywieźli grypę, na którą Indianie umierali. Kazali im się ubierać, co sprowadziło na nich kolejne choroby. Przedtem chodzili nadzy, kąpali się w rzekach, a gdy założyli ubrania, przestali. Nie wiedzieli też, że można je prać. W brudnych ubraniach zalęgło się robactwo. Misjonarzy gorszyła nagość Indian, więc przekonali ich, że jest zła. Wielu Indian w kontaktach z Europejczykami czuje się ludźmi drugiej kategorii.
Bo są od nas o wiele biedniejsi…
Denerwują mnie ludzie, którzy o każdy grosz się targują z biednymi Indianami czy Afrykańczykami i szczycą się tym, że udało im się oszczędzić dolara. On dla nich nic nie znaczy, a dla miejscowych bardzo wiele. Mój wuj, który mieszka w Stanach, wstydził się za takich Polaków i kiedy byliśmy w Peru, po przejściu polskiej grupy przez targ podchodził do sprzedających tam Indian i dopłacał im z własnej kieszeni. Uważam, że biura turystyczne powinny prowadzić kursy przygotowujące do wycieczek.
Czego miałyby takie kursy nauczyć?
Na przykład szacunku i empatii, tego, żeby mówić „Dzień dobry”, „Przepraszam” i „Proszę”. Żeby nie wchodzić do wioski, jak do własnego domu, żeby zawsze zapytać wójta o pozwolenie, a zanim zrobi się zdjęcie, poprosić o zgodę.
Podróżując, nieraz widzi Pani biedę, upodlającą nędzę. Jak Pani sobie z tym radzi?
Jestem wrażliwa, ale i rozsądna. Chociaż cierpię, wiem, że nie zmienię losu tych ludzi. Nie jestem działaczem społecznym tylko historykiem sztuki. Są dziennikarze, którzy zajmują się tymi problemami, tak jak Ryszard Kapuściński, mój duchowy guru. Ale ja nie. Uważam, że każdy powinien skoncentrować się na tym, co potrafi robić najlepiej. Niektórzy zarzucają mi, że widzę świat przez różowe okulary naiwności, że pokazuję tylko piękno, „uśmiech świata”, a nie pokazuję łez. Ale wierzę, że piękno, radość życia, którą fotografuję, dają ludziom dobrą energię.
Ale w niektórych miejscach na świecie trudno ją odnaleźć.
Świat nie jest dobry albo zły. Weźmy Zimbabwe, gdzie rządzi okrutny tyran Mugabe. Ludzie są tam bardzo mili, gościnni, uśmiechnięci. Jest bieda, a na podwórkach mają niebywały porządek, ład. Istnieje jakaś staranność, dbałość w ich życiu. Sąsiednia Botswana leży na diamentach i złocie. I tam nie podróżuje się dobrze, bo ludzie są wrogo nastawieni do obcych, a na podwórkach mają śmietnik. Uwielbiam RPA, ale nie znoszę Johannesburga. Staram się omijać wszystkie wielkie afrykańskie miasta. Teraz Afryka zastąpiła mi trochę Amerykę Południową, do której jeździłam wcześniej. W Afryce jak nigdzie indziej odczuwa się przestrzeń. I te pustynie… Na przykład Namib, która raz jest czerwona, raz złota, czarna, różowa. A gdyby mnie pani spytała o najpiękniejsze miejsce...
Już pytam.
To bym odpowiedziała, że to skały Matabo, czyli Wielkie Głowy w Zimbabwe. Ich kształty są nieprawdopodobne, a kolory zmieniają się co godzinę.
A najważniejsi ludzie, spotkania w drodze?
Na pewno Tony. Widziałam go wcześniej w telewizji. „Jaki śmieszny człowiek” – pomyślałam i wyłączyłam telewizor. Spotkałam go w Meksyku, a pracowałam wówczas w Kontynentach i po świecie podróżowałam statkami handlowymi w specjalnych kajutach pasażerskich. Kiedyś płynęłam trzy tygodnie z mączką rybną. To chyba była moja najcięższa podróż. Ale wracając do Tony’ego. Poznałam go i wkrótce potem wyjechałam do Peru. Za dwa dni budzi mnie telefon. Okazuje się, że Tony czeka na mnie w recepcji mojego hotelu. A wiedział tylko tyle, że z Meksyku jadę do Peru. Od tego momentu moje życie stało się… jak by to powiedzieć, żeby nie urazić mojego pierwszego męża, Dzikowskiego? O, mam! Moje życie przynosiło mi więcej różnorakich przeżyć. Z Tonym mieliśmy tę samą pasję. Od razu wyruszyliśmy razem na pustynię. On wiele mnie nauczył. Powtarzał, że jak się coś robi, to trzeba to robić najlepiej, jak można i do końca, że jak się ma cel, to nie wolno zbaczać z drogi. A jak się pracuje, to zjeść można dopiero po pracy. Oj, bardzo często bywaliśmy głodni… Przez 20 lat żeglowaliśmy. Ten dom tak wygląda przez nasz wielki sentyment do wysp greckich (dom Elżbiety Dzikowskiej jest biało-niebieski), podróżowaliśmy, odkryliśmy ostatnią stolicę Inków Vilcabambę. A chce pani zobaczyć piwnicę? Stamtąd przez 20 lat nadawaliśmy Pieprz i wanilię.
Widzę stół, gra Pani w ping-ponga?
Chętnie, gdy mam z kim. Ale rzadko mam…
A podróżuje Pani samotnie?
O nie, lubię dzielić z kimś wspomnienia. Jeżdżę z przyjaciółmi. Jest nas czworo, siedmioro. Kiedyś moja koleżanka sprzedała mieszkanie, żeby jechać ze mną do Meksyku. Zresztą jak się później okazało, dobrze zrobiła, bo życie świetnie jej się potem ułożyło. Zaryzykowała i wygrała.
Czy to wieczne podróżowanie, bo spędziła Pani w drodze kilkadziesiąt lat, coś Pani z życia zabrało?
Nie umiem sobie wyobrazić siebie w bezruchu. Na przykład na plaży na wczasach, siedzącej w fotelu. O, muszę panią przeprosić, bo kot mnie wzywa. (Zjawia się ogromny szary perski kot). Chce, żebym dała mu jego krakersy. Zaraz wracam...
No tak, żałuję, że nie miałam zbyt wiele czasu dla przyjaciół, żałuję, że nie zawsze byłam w Polsce na wiosnę, że maj spędzałam gdzieś daleko, chociaż zawsze staram się być wtedy w kraju. No, ale pewnie taką mam naturę.
Jaka to natura?
Mam wielką ciekawość świata, a do tego duży optymizm. A podróże wyrabiają też pokorę, szacunek dla innych, tolerancję. To trzeba mieć w sobie, kiedy się podróżuje. Kapuściński mówił, że najlepszą bronią jest uśmiech.
Pani ciągle się uśmiecha, nawet przez telefon.
Kapuściński nauczył mnie też, że nieodzowną cechą jest empatia. Z nią przychodzi zrozumienie. Dzięki temu Inny staje się bardziej nasz, lepiej go rozumiemy. I wtedy bardziej szanujemy. Dążyć należy do tego, by tych Innych nie było w ogóle. Bo wszyscy jesteśmy Inni. I dlatego ludzką naturą powinna być tolerancja. Wkurza mnie strasznie, kiedy ludzi się dzieli, zamiast łączyć. Także w Polsce.
Co Pani jeszcze przeszkadza w Polsce?
Boleję nad tym, że my jesteśmy tacy ponurzy i smutni. Nie mamy powodów do smutku. Nasz kraj jest piękny, bogaty, interesujący. Chciałabym, żeby Polacy go docenili. Ja teraz odrabiam zaległości wobec Polski i piszę te moje subiektywne przewodniki. To, że zobaczyłam taki kawał świata, pozwala mi innymi oczyma spojrzeć na Polskę i jeszcze bardziej się nią cieszyć. Na przykład Bieszczady. Tam są prawie afrykańskie przestrzenie, ja kocham Bieszczady i Namibię. Dlaczego Polacy nie zwiedzają Polski? Kiedyś były wycieczki pracownicze i szkolne. A dziś? Dlaczego sami nie zadbamy o to, żeby coś zobaczyć, taki Szlak Piastowski na przykład… Gdzie jest nasza ciekawość? Chyba leży na wczasach.
Bardzo Pani dziękuję za rozmowę.
Podaruję pani na pamiątkę naszego spotkania ptaszka, dzieło mojego ulubionego rzeźbiarza ludowego, Putry. Lubię sztukę ludową, nie tylko tych dalekich ludów.
 

 

Ludzie w drodze. W podróży ważny jest uśmiech
Zuzanna Pol
National Geographic