Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Jaka ze mnie wanilia?

Była niemal wszędzie. Wraz z Tonym Halikiem jako pierwsza kobieta dotarła do ruin ostatniej stolicy Inków Vilcabamba. Podejrzewana o to, że najchętniej zamieszkałaby w Gwatemali, wybucha śmiechem. „Skąd! Jedyne miejsce poza Międzylesiem, gdzie mogłabym się na dłużej zatrzymać, to Manhattan”. Specjalnie dla „Gali” w wakacyjnym numerze o urokach świata opowiada największa podróżniczka Rzeczyposplitej!
GALA: Gdy zadzwoniłam, nie miała Pani ochoty rozmawiać o przeszłości.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Chętniej rozmawiam o przyszłości, ale oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to, co jest teraz, wyniknęło w znacznej mierze z tego, co było.

 

Była niemal wszędzie. Wraz z Tonym Halikiem jako pierwsza kobieta dotarła do ruin ostatniej stolicy Inków Vilcabamba. Podejrzewana o to, że najchętniej zamieszkałaby w Gwatemali, wybucha śmiechem. „Skąd! Jedyne miejsce poza Międzylesiem, gdzie mogłabym się na dłużej zatrzymać, to Manhattan”. Specjalnie dla „Gali” w wakacyjnym numerze o urokach świata opowiada największa podróżniczka Rzeczyposplitej!
GALA: Gdy zadzwoniłam, nie miała Pani ochoty rozmawiać o przeszłości.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Chętniej rozmawiam o przyszłości, ale oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to, co jest teraz, wyniknęło w znacznej mierze z tego, co było.
GALA: Co zatem wyniknęło?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Mnóstwo, np. ten pyszny barszcz, który proszę jeść, nim wystygnie. Jest dziełem Hali, ponieważ ja nie gotuję. Tylko doprawiam. Jest w nim imbir i czosnek, bo gdy się je doda do potrawy, to ona po prostu musi być dobra. A jeszcze gdy się da wina i odrobinę cukru, który maceruje wszystkie smaki, o..! No i trochę pieprzu jest, ale zważywszy na fakt, jak wiele lat spędziłam z „Pieprzem i wanilią”, to chyba nic dziwnego (śmiech).
GALA: To jednak Pani była Pieprzem w tym związku?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Mnie niestety nazywano Wanilią, mimo że nie bardzo ją lubię. Jej zapach mi nie leży. No, proszę powiedzieć, jaka ze mnie Wanilia?
GALA: Jej żółte kwiatki nawet do Pani pasują.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Kwiatki lubię, ale smak i zapach niekoniecznie, bo to nie jest równoznaczne, że gdy coś jest piękne, jest również smakowite.
GALA: Teraz więc panuje ostry czosnek, szczypiący pieprz i głęboki imbir...
ELŻBIETA DZIKOWSKA: I wino, bez którego nie wyobrażam sobie jedzenia. To ono pogłębia smak wszystkiego.
GALA: Życia też?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Życia też. Dlatego rozkoszujemy się jego smakiem i poprawiamy nim nastrój. Ale ja mam niezły nie tylko dzięki winu.
GALA: A dzięki czemu?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Myślę, że moje życie jest po prostu ciekawe. Spełniają się moje marzenia.
GALA: Ostatnie spełnione?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Tydzień temu po raz pierwszy stanęłam na najdalej na północ wysuniętym skrawku ziemi – North Cape w Norwegii. Nie jest to najładniejszy skrawek, ponieważ jest tam dość ponuro. Ale za to jadłam kolację o północy, widząc słońce stojące wysoko na niebie. Wkrótce wybieram się do Chin, czyli do moich początków, bo przecież jestem sinolgiem.
GALA: Podróżuje Pani teraz sama?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Nie. Nie ma wówczas z kim podziwiać, wymieniać uwag, wspominać... Do Chin wyruszam z moją przyjaciółką Chinką, która kiedyś uczyła mnie chińskiego. Będziemy mieszkać z chińską rodziną w prowincji Hunan. Wie Pani, kiedyś interesowało mnie głównie to, co stoi, czyli zabytki i przyroda. A Tony wolał to, co się rusza, więc byli to głównie Indianie i zwierzęta. Teraz oprócz specyficznej natury, której robię zdjęcia makro, ciekawią mnie ludzie. Jadę do Chin żeby przygotować nowy album – „Fryzury i nakrycia głowy”, a mniejszości etniczne, które mam zamiar odwiedzić, te atrybuty mają naprawdę wyjątkowe. Po albumie „Uśmiech świata” przygotowuję album „Biżuteria świata”, który ukaże się wczesną jesienią. Jeździłam po całym świecie, by fotografować biżuterię noszoną przez ludzi. Przywoziłam jej też sporo, głównie do Muzeum Podróżników im. Tony’ego Halika w Toruniu, przy ulicy Franciszkańskiej 11, które ma największą kolekcję biżuterii etnicznej w Polsce. Magazyn pęka w szwach, więc miasto przyznało nam sąsiednią kamienicę, która jest teraz adaptowana.
GALA: Gdy byłam tam z synem, który zobaczył imponujacy zestaw kluczy hotelowych, spytał: „Czy Tony Halik i Elzbieta Dzikowska ukradli te wszystkie klucze?”
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Jakby to powiedzieć? To nie jest takie proste ani oczywiste. Ja do dziś czasem wychodzę z hotelu z kluczem (śmiech). Bywa, że staram się to załatwić legalnie, ale robię to niechętnie. Czasem przecież trafi a się taki piękny klucz z Indii czy Nepalu! Wtedy dołączam go do kolekcji, bo idea jest taka, że to są klucze z miejsc, w których spędziliśmy z Tonym, a potem ja sama, przynajmniej jedną noc.
GALA: Teraz coraz częściej są już karty zamiast kluczy. Co wtedy?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Z Norwegii żadnego nie przywiozłam. Muzeum w Toruniu nic nie zyskało.
GALA: Pamiętam Pani pierścienie-wielkoludy, niemal niemieszczące się w kadrze...
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Mój atrybut. Myślę, że gdy ktoś mnie nie widzi w nich, to w ogóle mnie nie widzi.
GALA: Dlaczego są takie ogromne?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Czy ja wiem? Dobrze się w nich czuję. Nie widzę siebie i nie czuję w małych formatach (śmiech).
GALA: A z długimi włosami?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Miałam niegdyś długie włosy, kok, grzywkę, ale gdy je ścięłam i zobaczyłam, jakie to wygodne raz na dwa tygodnie się ostrzyc, jeżyk stał się fryzurą firmową. Podróżną. A podróżuję nieustannie.
GALA: Czy są takie miejsca, do których już nigdy nie chciałaby Pani wrócić?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Nie ma. Jedne są ciekawsze, inne mniej. Są jednak takie, do których lubię wracać, jak Peru, gdzie byłam już 11 razy, Meksyk, gdzie byłam teraz po raz siódmy czy ósmy, Gwatemala – trzeci. I warto to było zrobić, ponieważ dopiero teraz czuję, że jej naprawdę posmakowałam. Gwatemala to esencja indiańskości, gdzie 60% ludności to Majowie, którzy zachowują swoje obyczaje i noszą swoje stroje. W Chichicastenango odbywają się targi Majów, najbarwniejsze i najbardziej autentyczne targi, jakie znam. Odbywają się u stóp kościoła św. Tomasza zbudowanego na piramidzie Majów, na schodach którego Majowie palą żywicę kopal dla swoich bogów. Wewnątrz też mają swoje ołtarze. Oddaje się tam więc cześć zarówno świętym katolickim, jak i bogom Majów. Ale jeszcze bardziej wyjątkową sytuację spotkałam nad otoczonym wulkanami jeziorem Atitlan. Zebrała się tam grupa Majów z kapłanami, stworzyli koło i zaczęli składać ofiarę, najpierw sypiąc cukrową spiralę, potem kładąc na niej świece, sypiąc kwiaty, żywicę kopal. Kapłanów było czterech, bo są cztery strony świata, a każdą ma w opiece inny Bóg. Po śpiewach i modlitwach rozdzierano na pół kury i składano je w ofierze, która została podpalona, a dym unosił prośby Majów do nieba i bogów.
GALA: Dlaczego odprawiano te ceremonie?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Otóż to jezioro zostało zatrute, ponieważ sprowadzili się tam ludzie ze stolicy Gwatemali, pobudowali domy weekendowe, a kanalizacja i nawozy z ogródków spływają do jeziora, które jest bezodpływowe. Państwo im nie pomaga, więc zwracają się do bogów w nadziei na ratunek. Ich wiara przetrwała.
GALA: Jak Pani wiara w podróże. Nigdy nie miała Pani ochoty osiąść gdzieś na stałe?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Przecież ja tu osiadłam! To jest moje miejsce. Międzylesie. Chętnie z niego wyjeżdżam, ale jeszcze chętniej wracam. Podróżowanie to sposób na życie, ale też nałóg, z którego trudno się uwolnić. Jak już posmakujemy świata, to stale jesteśmy ciekawi, co jest dalej. Ja prowadzę pewne tematy. Teraz interesuje mnie temat „Świat jest w paski”. Wymyśliłam, że strony ze zdjęciami w paski będą przedzielone obrazami moich zaprzyjaźnionych artystów, którzy też malują paski, jak Szubińska, Tarsewicz, Dwurnik, Dobkowski. Bo świat jest w paski, kto zobaczy ten album na pewno się przekona.
GALA: Pani jest nadaktywna.
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Nie, po prostu życie musi mieć sens.
GALA: Czy są takie momenty, kiedy chodzi Pani w piżamie po domu?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: Tak, ale krótko. Rzadko nie mam co robić, bo wciąż szukam Nowego. Teraz skończyłam „Bajki z całego świata”, takie bajki- -niebajki, mocno osadzone w rzeczywistości. Roboty jest pełno, jeżdżę na spotkania, ludzie mówią mi dużo ciepłych rzeczy, to podnieca i inspiruje. Nakręcam się.
GALA: Brakuje Tony’ego w tym wszystkim?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: 23 maja minęło 12 lat od jego śmierci. W Międzylesiu została w kościele odsłonięta pamiątkowa tablica z brązu... Jej autorem jest znakomity rzeźbiarz, mój przyjaciel Grzegorz Zemła. Spędziliśmy z Tonym 23 lata, razem robiąc ok. 300 fi lmów. Byliśmy układem partnerskim, rozumieliśmy swoje potrzeby. Dla niego poza fi lmowaniem najważniejsze było pływanie, ale gdy byliśmy na Morzu Śródziemnym, a ja robiłam wystawę „Jesteśmy” dla Zachęty i „Ars erotica” dla Muzeum Narodowego, to on rozumiał, że muszę go zostawić i wracać do roboty. Pływając po Bałtyku, rozumiał, że nie lubię sztormów i mam chorobę morską, więc pojadę w góry, których on z kolei nie lubił. Myśmy stale byli roześmiani, weseli, cieszyliśmy się życiem. Kiedyś Tony został zaproszony na przyjęcie, w którym brała udział księżniczka Małgorzata. Poszedł na nie w pożyczonych spodniach, ponieważ sam miał tylko podróżne. Nachylił się ku ręce księżniczki, a spodnie... pękły mu z tyłu. Zachował się jednak z klasą, wycofując się z przyjęcia tyłem. Ale były też chwile nieprzyjemne, nawet groźne. Kiedyś w południowej Etiopii poszłam fotografować rzekę, która nocą spłynęła z gór. Jeszcze poprzedniego dnia przejechaliśmy po suchym korycie, a teraz płynęła nim woda. Zamiast pod nogi patrzyłam przed siebie i nagle zapadłam się w kurzawę. Rzuciłam się przed siebie, kiedy już pogrążyłam się po kolana, wyciągnęłam z trudem jedną nogę, drugą nogę. Gdyby było to sekundę później, to do dziś nikt by nie wiedział, co się ze mną stało, bo kurzawa się zamyka i koniec. Od tej pory patrzę pod nogi, bo dokładnie pamiętam tamtą straszną chwilę.
GALA: Pamięta Pani swoje pierwsze spotkanie z Tonym?
ELŻBIETA DZIKOWSKA: W telewizorze marki Wisła. Tony opowiadał o skoczkach w Acapulco, a ja pomyślałam: „Jaki śmieszny facet” i... wyłączyłam go. Potem jadąc do Peru na roczne stypendium, zatrzymałam się w Meksyku, bo odbywał się tam Kongres Światowego Stowarzyszenia Latynoamerykanistów, którego byłam członkiem. A Ryszard Badowski poprosił mnie, żebym zrobiła wywiad z Tonym, ponieważ zamierzał wznowić jego programy. Zadzwoniłam, ale nie zastałam Tony’ego i na automatycznej sekretarce zostawiłam swój numer. Następnego dnia okazało się, że moje stypendium w Peru jest nieaktualne, bo pani minister kultury, która mi je przyznała, została zdymisjonowana. No, co robić? Byłam gotowa wracać do Polski, ale mój przyjaciel, znakomity malarz José Luis Cuevas, zaprosił mnie na obiad. A na nim było paru intelektualistów, paru ministrów, paru artystów i prezydent Meksyku Luis Echeverría Álvarez. W pewnej chwili prezydent zapytał mnie, jakie mam plany. Kiedy dowiedział się o odwołaniu stypendium, stwierdził, że da mi stypendium na rok w Meksyku. Tymczasem Tony wrócił z Gujany Francuskiej i umówiliśmy się na wywiad. W przeddzień, na jednym z długich spotkań ze studentami w Pałacu Prezydenckim, prezydent zapytał mnie, czy chciałabym pojechać na wyspy Islas Marías, zobaczyć to legendarne więzienie bez krat. Odparłam, że bardzo chętnie, ale jutro mam spotkanie z Tonym Halikiem. Prezydent poprosił o jego numer i zadzwonił, choć była 2 w nocy. „Czy to Tony Halik? Tu prezydent” – oświadczył. „Odwal się, facet, żarty sobie stroisz. Nie widzisz, która jest godzina?” – odparł Tony. Ale później też dostał zaproszenie na tę wyprawę. Tak to się zaczęło. Po roku stypendium postanowiłam wrócić do Polski, chociaż Tony chciał, żebym została, a prezydent obiecał mi obywatelstwo. Gdy jednak w kraju załatwiłam sprawy z pierwszym mężem Andrzejem Dzikowskim (też bardzo dobrym mężem, nie narzekam), napisałam list do Meksyku: „Możesz przyjechać?”. I przyjechał.

Jaka ze mnie wanilia?
Hanna Halek
GalaGala